piątek, 29 czerwca 2012

Chapter eighteen


http://www.youtube.com/watch?v=2ntKgLxgY9s&feature=related

23.12.2011

- Na prawdę nigdy nie ubierałaś choinki? - zapytał Zayn przystrajając świąteczne drzewko.
- Ubierałam dopóki nie zmarła moja mama.
- A Tommy?
- Miał małą choinkę w swoim pokoju, którą z nim co roku ubierałam - poprawiłam rękawy golfu.
- Sztuczną? - zaśmiał się Zayn. Zmierzyłam go groźnym wzrokiem. - No co, nie mam racji? - zapytał patrząc na moją reakcję.
- Nienawidzę kiedy masz rację - rzuciłam w niego złotym łańcuchem.
- Wiem - przyciągnął mnie do siebie. Zdjął czapkę Mikołaja i nasunął ją na moją głowę.
Pocałował mnie delikatnie.
- Co chciałbyś ode mnie dostać? - przygryzłam jego wargę.
- Nic nie chcę. Wstarczysz mi w zupełności - wsadził swoje kciuki w moje szlufki od spodni.
Podwinęłam jego koszulkę i zaczęłam jeździć opuszkami palców po wyrzeźbionym torsie.
- I tak ci coś kupię - oblizałam dyskretnie wargi.
- Jesteś nieznośna - uszczypnął mnie w biodra.
- Wiem - wyszeptałam. - I za to mnie kochasz.
Dialog zakończył krótki pocałunek w czoło. Zostawiłam chłopaka samego strojącego choinkę w salonie, podczas gdy sama zabrałam się za zmywanie naczyń.
Nuciłam wszystkie kolędy na przemian.
- Zayn... - zaśmiałam się, kiedy poczułam, że chłopak mnie obejmuje.
- Pomogę ci.
- Daj spokój - spojrzałam się na niego kątem oka. - Jesteś niegrzeczny - zdzieliłam go ścierką do naczyń patrząc jak zabiera się za mycie kolejnych talerzy.
- Wiem. Przecież za to mnie kochasz - zaśmiał się pod nosem.
Zmywaliśmy wszystko po naszej wspólnej kolacji.
- Więc to tak wygląda małżeństwo... - wymruczał pod nosem.
- Nie, Zayn. Małżeństwo to ciągłe kłótnie, konflikty i nieporozumienia. Tak wygląda życie z kochanką, kiedy chcesz się oderwać od żony - stanęłam tyłem do umywalki wycierając talerz po kurczaku.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- W odróżnieniu od ciebie, widziałam, jak wyglądało małżeństwo moich rodziców - palnęłam, po czym od razu ugryzłam się w język.
Malik podparł się rękoma o umywalkę.
- Zayn, ja... Nie chodziło mi o to, po prostu... - dotknęłam jego ramienia.
- Nieważne, nic się nie stało - wysilił się na uśmiech. Pocałował mnie w policzek i wyszedł z kuchni. Poszłam za nim. Akurat ubierał swoje stare, znoszone buty, kiedy weszłam do salonu. Swoją drogą nosił ciągle te same...
- Gdzie idziesz? - zapytałam ze skruchą w głosie.
- Przejdę się.
- A choinka?
- Jak Tommy wróci, to pewnie się ucieszy, że będzie mógł dokończyć - założył kaptur na głowę. - Cześć, Collingwood - uśmiechnął się ostatni raz żując miętową gumę.
- Cześć - westchnęłam ciężko.
Była osiemnasta. Ojciec z Tomem mieli wrócić za dwie godziny, a wyrzuty sumienia nie pozwalały kontynuować zmywania. Zastanawiałam się, dlaczego Malik tak nagle wyszedł.
Zabrałam z komody telefon i wystukałam numer Louisa.
- Lou?
- Tak? - usłyszałam w słuchawce roześmiany głos chłopaka.
- Możemy się spotkać?
- Jasne, kiedy?
- Bo widzisz, mam mały problem i chci...
- No dobra, do rzeczy.
- Muszę coś kupić Zaynowi i reszcie. I przyda mi się męska ręka, a ty jesteś facetem i pomyślałam, że może mógłbyś...
- Trafne spostrzeżenie - zaśmiał się.
- No, bo przecież chyba jesteś...
- Pogrążasz się, dziewczyno.
- Więc?
- Hanbury street za dziesięć minut - rozłączył się.
Przebrałam się, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do torebki i wyszłam z domu. Pojawiłam się przed czasem, ale chłopak już czekał.
Uścisnął mnie mocno i ruszyliśmy w stronę mekki dla zakupowiczów.
- Co powiesz na zakupy i mocną kawę? - zapytałam.
- A wiesz chociaż co chcesz mu kupić?
Uniosłam brwi i spojrzałam się na niego znacząco.
- No dobra, czyli nie masz pojęcia - zaśmiał się. Nic nowego.
- Myślałam o zegarku albo o... zegarku?
Chłopak nie przestawał się śmiać. Szturchnęłam go.
- Jesteś chyba jedyną dziewczyną, która nie ma pojęcia o zakupach.
- Mam - zaprzeczyłam.
- Akurat - wyśmiał mnie. - Zayn nie wspominał, że czegoś mu brakuje? Nie zauważyłaś, że czegoś potrzebuje? - starał się mnie naprowadzić. - Tak swoją drogą, to szybko się obudziłaś. Jutro wigilia, a ty nadal nic nie masz?
- Mam prezenty dla taty i Tommego. Został tylko Zayn i reszta.
- Reszta?
- No chyba nie myślałeś, że ci niczego nie kupię?
- Daphne... Ja nic od ciebie nie chcę, na prawdę.
- Cholera, czy wy nie potraficie pojąć, że mam głęboko gdzieś to, czy chcecie, czy nie. Ważne, że ja chcę wam coś kupić i zrobię to!
- No dobrze, nie denerwuj się - objął mnie ramieniem. - W takim razie, ile masz przy sobie kasy?
- Trzysta - wyjęłam z torby portfel. - I chyba już wiem, co mogę kupić Zaynowi - pociągnęłam bruneta do pobliskiego sklepu obuwniczego.
W jedną godzinę zdążyliśmy kupić wszystkie prezenty. Znalazłam coś dla Steph, Nialla, Liama, Harrego (chociaż to Tomlinson przekonał mnie, żebym dała mu jakiś drobiazg), Louisa i Zayna. Wstąpiliśmy jeszcze na kawę do coffeeheaven. Pyszna Latte postawiła mnie na nogi i nieco ociepliła, bo na dworze panował ziąb i nawet gruba kurtka i czapka nie potrafiła mnie wystarczająco ogrzać.
Malutkie światełka porozwieszane na lampach, w futrynach sklepów oświecały cały Londyn. W galeriach panowały obniżki i przeceny świąteczne, więc każda rzecz była okazją. Puszysty śnieg przykrył wszystkie ulice. Mężczyźni poprzebierani za Mikołajów zbierali pieniądze na hospicja i szpitale.
Cudowna, świąteczna atmosfera zauroczyła tak samo mnie, jak cały Londyn.

24.12.2012

- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że tu jesteś - Malik trzymał moją dłoń, podczas gdy drugą nabierał na widelec sałatkę.
- Też się cieszę - wyszeptałam.
Lubiłam na niego patrzeć. Lubiłam go słuchać. Lubiłam go czuć.
- O której musisz być w domu?
- Nie muszę - przygryzłam wargę.
- A więc całą noc należysz do mnie?
- Na to wygląda - zaśmiałam się.
- Intrygujące - poruszył brwiami.
- Co masz zamiar robić? - zapytałam domyślając się, co Malikowi chodzi w tym momencie po głowie.
Wstał i podszedł do mnie. Wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Zatańczysz?
Nie powiem, zaskoczyła mnie ta propozycja, bo spodziewałam się czegoś zupełnie innego.
Wstałam pozwalając się mu kołysać w spokojnym rytmie ballady, która akurat leciała w głośnikach. Zgrał muzykę na pendrive. Nieźle się przygotował. To faktycznie musiał być dla niego niezwykle ważny wieczór.
- Czy my przypadkiem nie powinniśmy słuchać kolęd? - zaśmiałam się pod nosem.
- Kolęd mogłaś się nasłuchać na wigilii z bratem i tatą. Ta wigilia jest nasza. Niech będzie wyglądała tak, jak powinna.
- Czyli to randka?
Uciszył mnie delikatnym całusem w usta.
- Pamiętasz, jak tańczyliśmy za pierwszym razem? Na ślubie mojej ciotki? - wyszeptał mi do ucha. - Zakochałem się w tobie już wtedy i trudno w to uwierzyć, ale chyba zakochuję się w tobie coraz mocniej każdego dnia...
- Jeśli to randka, to jest idealna - wtuliłam się w jego tors.
Człowiek, który sprawiał, że jestem szczęśliwa, był przy mnie i to w zupełności wystarczało.
Piosenka się skończyła, ale my nadal trwaliśmy w objęciach.
- Może chcesz otworzyć prezent ode mnie? - zapytał szeptając.
- Nie musiałeś mi nic kupować... - spięłam wargi. Wiedziałam, że było u niego krucho z kasą.
- Proszę, otwórz - spod malutkiej choinki wyciągnął pięknie zapakowane, małe pudełko.
- A to dla ciebie - podsunęłam siatkę z prezentem. Może i mniej oryginalne i starannie, ale za to jak praktycznie!
Zdjęłam papier ozdobny i zobaczyłam piękne czerwone pudełeczko na pierścionek. Otworzyłam je i zobaczyłam cudowny diament oprawiony w białe złoto.
Zayn odstawił siatkę i uklęknął na jedno kolano.
Moje serce przyspieszyło.
- Budzę się, żeby zobaczyć twój uśmiech. Zasypiam z myślą, że wkrótce cię zobaczę. Każda chwila z tobą jest cenniejsza nawet od tego pierścionka. Chcę mieć pewność, że jesteś moja. I niezależnie kiedy miałaby odbyć się przysięga dochowania sobie wierności, pragnę, żebyś kiedyś została moją żoną. Chcę pokazać ci, że myliłaś się... Wtedy, w kuchni. Że małżeństwo to nie kłótnie, ale wzajemny szacunek, miłość i szczęście. Kocham cię z każdym dniem na nowo. Mocniej. Niezależnie jaka będzie twoja decyzja, to się nie zmieni.
Daphne Collingwood, czy zostaniesz moją żoną? - zapytał uroczyście.

_________________________________________________
NIEEEESPODZIANKA XD Przepraszam, że jest byle jaki, ale cóż.
I teraz bonuus!
Uwaga, rozpoczęłam pisanie nowego opowiadania. Jest już pierwszy rozdział:
http://ucieczkaameliaxoxo.blogspot.com/
KOMENTUJCIE, PROSZĘ! Pisanie tych dwóch rozdziałów zajęło mi cały pierwszy dzień wakacji (ok.6 godzin), ale myślę, że warto i nie jest to żadna strata, bo kocham to i kocham Was. Także proszę, uszanujcie moją pracę i skomentujcie. Szczerze. Możecie nawet napisać, że się wypalam, chociaż i tak to wiem xd
I polecajcie!
KOCHAM WAS MOOOOCNO, NIE ZAPOMNIAJCIE O TYM! PO PROSTU OSTATNIO TRACĘ INSPIRACJĘ I WYCHODZĄ NIEUDANE ROZDZIAŁY. MAM NADZIEJĘ, ŻE TO JAKOŚ PRZEŻYJECIE.
gg - 33348455



piątek, 22 czerwca 2012

Chapter seventeen


http://www.youtube.com/watch?v=umGname-TdM

Chciałam odpocząć od całego świata, ale mimo to, odebrałam. Przez przypadek. Byłam na tyle senna, że poddałam się przyzwyczajeniu i odebrałam telefon. Niepotrzebnie...
- Daphne? Daphne, to ty? - zapytała entuzjastycznie Stephanie.
- O co chodzi? - powiedziałam ochrypłym głosem, który po pięciogodzinnym śnie nadal nie doszedł do normy.
- Daphne, gdzie jesteś?
- Cholera, mów o co ci chodzi - zgromiłam dziewczynę. Nie odpowiadała. - Steph?
- Daphne... Zayn siedzi w areszcie.
- Co? - wyszeptałam krótko, niewyraźnie.
- Przyjedź, szybko.
- Nie mogę - uszczypnęłam się z policzek.
- Komisariat na Kings Cross, zrób jak uważasz. Tylko proszę cię, nie żałuj później swojej decyzji - rozłączyła się.
Wybiegłam z domu. Półprzytomna. Ubrana jedynie w pidżamę, na którą narzuciłam luźne ciuchy. Na głowie sterczała mi luźna czapka. Pomalowana wczorajszym tuszem do rzęs, który pokruszył się na policzkach.
Spontanicznie i dość szkaradnie...
Kierowałam się sercem, jak zwykle. Byłam ospała, zmęczona, ale nie, to wcale nie przeszkodziło mi w tym, by głucho podążać za tym pieprzonym mięśniem. Mięśniem, który jak na razie prowadził do samych katastrof.
Biegłam na ślepo tocząc walkę z własnym rozumem.
Zorientowałam się, gdzie dokładnie mam jechać i wsiadłam do autobusu. Przeklinałam w duchu kierowcę, błagając, by jechał szybciej.
Dotarłam.
- Zayn, Zayn Malik - wyrzuciłam z siebie.
- Tożsamość? - zapytała starsza kobieta. Przeklnęłam w myślach.
- Daphne - stukałam jedną stopą o kafelki nierówno ułożone na podłodze. - Daphne Collingwood - wzdychałam co chwila z nadzieją, że kobieta w końcu pojmie, że mi się spieszy.
- Ma pani ukończone osiemnaście lat? - mówiła spokojnym, flegmatycznym głosem.
- Mam - warknęłam.
- Proszę pokazać dowód.
Zaczęłam błądzić dłońmi po kieszeniach. "Cholera" - mruknęłam. Kobieta zmarszczyła brwi i delikatnie uśmiechnęła się pod nosem. Dokładnie tak, jakby cieszyła się z mojego niepowodzenia.
- Błagam, niech mnie pani do niego wpuści. Błagam... - złożyłam dłonie.
- Przykro mi, bez dowodu pani nie wejdzie - bąknęła.
- Może być prawko? - podrapałam się po karku. Kobieta jedynie uniosła brwi. Pokazałam jej dowód na to, że mam ukończone osiemnaście lat.
- Proszę za mną - podniosła swoje wielkie cztery litery z krzesła i ruszyła przed siebie trzymając w dłoni kółko zapełnione kluczami.
Malik spał na jednej z czterech pryczy poustawianych obok siebie. W celi obok, siedziało dwóch, pijanych do czerwoności, młodych chłopaków.
- Zayn - krzyknęłam na tyle głośno, żeby się obudził.
- Daph.. - wyszeptał, po czym przybliżył się do stalowych słupków, które nas dzieliły.
- Jak to się stało? Cholera, Zayn... Co ty ze sobą zrobiłeś? - spojrzałam na szare sińce pod oczami, rozciętą wargę i rany na czole. Przybliżył się do mnie. - Malik, śmierdzisz piwem! Odsuń się ode mnie - na siłę włożyłam swoje kościste, blade ręce przez kraty celi i popchnęłam go.
- Poszedłem do jakiegoś baru... Napiłem się, złapali mnie - zaśmiał się przymrużając oczy. Nadal był nietrzeźwy.
- Ty skończony idioto, kretynie, frajerze! Nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiłam! - wysyczałam z nienawiścią przez zęby. - Upiłeś się?! Jesteś skończonym dupkiem - chrząknęłam i plunęłam na ziemię.
- Kochanie, no powiedz kogo sobie znalazłaś? Powiesz swojemu Malikowi, kto jest lepszy ode mnie? Przecież dobrze wiem, że zostawiłaś mnie dla pierwszego lepszego fagasa. No nie wstydź się, kotek. Wyznaj kim on jest - zaśmiał się wytrzeszczając przepite oczy.
- Zamknij się - warknęłam.
- Już z nim spałaś? I jak było? - założył zęby za dolną wargę.
- Zamknij się - powtórzyłam.
- Co? Nie sprawdził się w łóżku? - drwił ze mnie.
Ucichł. Ucichł, kiedy zobaczył, że płaczę.
- Daph...? - drżącą ręką przejechał w dół metalowego prętu.
- Błagam... Bądź cicho, po prostu bądź cicho - machnęłam ręką i odwróciłam się w drugą stronę.
- Daphne! Co się stało? - wyjąkał niepewnie chwiejąc się.
- Chcesz wiedzieć co się stało? - zacisnęłam dłonie w pięści. - Na prawdę chcesz? - przygryzłam język. Z całej siły, zabolało. I kiedy miałam mu już wszystko powiedzieć, spojrzałam mu w oczy. Zbadałam rany na jego ciele. I właśnie wtedy dotarło do mnie, że wylądował tu z mojego powodu. Może gdyby nie tamten wieczór, może gdybym się nie odzywała, gdybym go tam nie zostawiła... Może by do niczego nie doszło. - Przepraszam, nie potrafię - odwróciłam się na jednej pięcie. Przeszłam szarym, wąskim korytarzem do poczekalni.
- Kiedy będzie mógł wyjść? - wytarłam rękawami nos i oczy pytając się policjantki.
- Jak wytrzeźwieje - nie odrywała wzroku od białych, zapisanych czarnym tuszem kartek.
Usiadłam na krześle obok. Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej. Zamknęłam oczy.


Na komisariacie już nikogo nie było. Przeszłam korytarzem obok cel. Były puste. Pociągnęłam za klamkę drzwi. Były zamknięte. Zaczęłam ze nie szarpać, pchać, kopać. Bez skutku. Po ziemi walało się mnóstwo zapisanych kartek, odcisków palców i listów gończych. Ściany były podrapane, a meble zniszczone i dziurawe.
Jeszcze raz podeszłam do drzwi. Zrobiłam rozpęd i uderzyłam w nie z całej siły. Wciąż nic. Osunęłam się po ścianie, spadłam na niebieskie linoleum. Zupełnie takie, jak w szkole. I nagle sceneria się zmieniła.
Byłam w sali, sali od biologi. Właśnie trwała lekcja z moją klasą. Spojrzałam na nauczyciela. Wygłaszał kazanie zupełnie nie zwracając uwagi na uczniów. Hałasowali. Nie do zniesienia.
Sala różniła się jednak od tej prawdziwej, była ogromna i wszystko było śnieżnobiałe: ściany, meble... Tylko uczniowie i nauczyciele ubrani na czerwono. Krwistoczerwono. W tym ja.
Nikt mnie nie zauważał. No dobra, to akurat żadna nowość.
Przeszłam na tyły klasy. Zwieńczenie sali z każdym krokiem zdawało się być coraz węższe. Co sprawiało, że wcale nie była prostokątna, tylko trójkątna. Zaczęłam iść do przodu. Ominęłam wszystkie ławki, a przed sobą miałam jedynie światło, które z każdym krokiem wydawało się być jaśniejsze. Dawało one ogromne ciepło. Coraz większe. I nagle zobaczyłam ją. Poznałam ją już z daleka. Ubrana w białą suknię, wyglądała pięknie.
- Mama? - wyszeptałam.
- Kocham cię, córeczko - powiedziała automatycznym głosem.
- Ja cię też - uśmiechnęłam się. Poczułam słone łzy napływające go moich ust.
- Kocham cię, córeczko - powtórzyła machinalnie utrzymując równy odstęp czasu.
- Ja też, z całeg -
- Kocham cię, córeczko - i znowu. Zupełnie jak automat. Nie, to nie była moja mama. Prędzej jej było do robota, cyborga czy czegoś z tych rzeczy, niż do mojej mamy.
Podeszłam do niej, pocałowałam ją delikatnie w policzek. Zaczęła się powoli rozmazywać. I wtedy po jej policzku popłynęła łza. Myślałam, że automaty nie płaczą...
- Kocham cię, córeczko - wyszeptała dotykając mojego policzka. Tym razem było to powiedziane tak... niesamowicie troskliwie, wiarygodnie. Chciałam, żeby powiedziała coś jeszcze, żebym mogła ponownie ją  usłyszeć, ale odeszła. Rozmazała się, rozpłynęła.
Przypomniałam sobie. Przypomniałam sobie jak dokładnie brzmiał jej głos. Był taki piękny, kojący. Nareszcie usłyszałam to, czego tak bardzo pragnęłam usłyszeć.
Spojrzałam na swoje ubrania. Czerwony golf powoli stawał się biały, a spodnie wyglądały zupełnie tak, jakby przykryła je płachta śniegu. Ściany białe jak marmur, zaczęły nagle pękać, biegłam. Ile tchu w piersiach, ale czułam, że się zapadam, zapadam coraz niżej, krzyczałam o pomoc i wtedy...


Obudziłam się. Leżałam w samochodzie. Podniosłam się do góry. Malik patrzył w przednie lusterko. Uśmiechnął się do mnie delikatnie, przepraszalnie, żałośnie.
Podrapałam się w głowę.
- Jak się tu znalazłam? - ziewnęłam.
- Zasnęłaś na komisariacie. Potem przyjechała Stephanie, wypuścili mnie, zaniosłem cię do jej auta. I czekamy.
- Na co?
- Nie chcieliśmy ruszać dopóki się nie obudzisz. Steph jest gdzieś z Liamem, a reszta przyjechała drugim samochodem i teraz poszli się przejść.
- Więc Stephanie jest z Liamem, a ta reszta, to kto?
- Louis, Niall, Harry i Sarah.
- Sarah?
- Dziewczyna Harrego - uniosłam brwi do góry. - Nie pytaj...
- Która godzina? - spojrzałam za szybę. Było ciemno, ale mogła być to równie dobrze piętnasta jak dwudziesta. W grudniu wcześnie robiło się ciemno.
- Prawie siedemnasta. Przejdziemy się gdzieś?
- Nie mam ochoty.
- Chodź, powinnaś rozprostować kości - uśmiechnął się do mnie.
Wyszedł z samochodu i otworzył przede mną drzwi. Szliśmy swobodnie, oddzielnie.
- Wiedzą? - wymamrotałam pod nosem. Nie chciałam poruszać tego tematu.
- Wiedzą - chłopak usiadł na murku i zaczął rzucać małymi kamyczkami przed siebie. - Myślisz, że to ma sens?
- Co?
- Nie udawaj. Przecież wiesz dobrze o co mi chodzi - odwórcił się w moją stronę.
- Nic nie ma sensu. Nic - wyszeptałam pociągając czerwonym od zimna nosem.
- Kocham cię - wymruczał. - I wiem, że ty mnie też - założył kosmyk moich włosów za uszy. - I tak, chcę wiedzieć - jego głos drżał.
- Co? - zmarszczyłam czoło.
- Byłem pijany, ale nie na tyle, żeby nie pamiętać, co mówiłaś. Jestem gotowy, żebyś powiedziała mi, co się stało.
- Zayn, ja nie mogę. Nie potrafię, rozumiesz? - powoli traciłam kontrolę nad emocjami. Poderwałam się do góry.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
- Nie chcę ci tego zrobić. Ja lepiej po prostu pójdę - odwróciłam się, ale on złapał mnie za nadgarstek. Znowu. Nigdy nie odpuszczał.
- Cokolwiek to będzie, zrozumiem. Obiecuję. Razem zawsze damy radę, pamiętasz? - przetarł moje mokre policzki.
- Zayn... Ja nie mogę.
- Błagam, powiedz. Błagam... - odgarnął moją grzywkę, przetarł kciukami brwi. Długa pauza. Kompletna cisza. Walka z samym sobą.
- Ja chyba... chyba mam raka.
Zamarł. Nie odzywał się. Widziałam, że nie może nic z siebie wydusić. I kiedy już byłam pewna, że spanikuje, przytulił mnie. Z całych sił mnie objął w talii i mocno mnie do siebie przycisnął. Położył brodę na czubku mojej głowy.
Płakał. Czułam ciche, małe krople skapujące na moje włosy. Nie odzywał się.
- Zayn, ja przepraszam - wydusiłam z siebie. Cała czerwona, rozmazana.
- Cii - uspokoił mnie. - To ja przepraszam. Przepraszam, że wtedy, jak skończony idiota cię zostawiłem, że nie pobiegłem za tobą. Daphne, przepraszam. Tak bardzo przepraszam, że cię zostawiłem - jeździł dłońmi w górę i dół po moich plecach.
- I co teraz? - wbiłam palce w jego ramiona.
- Nie wiem... Cokolwiek się stanie, będę przy tobie. Zawsze - mówił starając się być w tym zrozumiały. Jego oddech był tak głośny i szybki, że zagłuszał każde słowo.
- Boję się, że nie będę z tobą...
- Więc, po co wtedy odeszłaś? Dlaczego?
- Nie boję się, że nie będę twoją dziewczyną. Boję się, że kiedyś już nie będę mogła budzić się z myślą o twoim uśmiechu, twoich oczach. Boję się, że później już nic nie ma.
- Później?
- Po śmierci...
- Już nigdy więcej cię nie zostawię, rozumiesz? Już nigdy więcej nie dam ci odejść. Choćby nie wiem co - wyszeptał i przytulił mnie mocno wplątując swój nos w moje włosy i pozwalając wsłuchiwać się w dźwięk łez upadających na czoło.


___________________________________
I jak? Mętny chyba, co?
Powoli zbliżamy się do końca. Myślę o zakończeniu i o tym, w jaki sposób to w ogóle zrobię, bo będzie mi cholernie ciężko rozstać się z historią Daphne, w którą włożyłam całe serce.
Nie chodzi o to, że nie chcę pisać, tylko po prostu ostatnio się wypalam i tracę taką płynność pisania i radość z tego. Muszę troszkę odpocząć (jak z resztą widzicie:)).
A to, że jest coraz bardziej do kitu, można zauważyć, po ilości komentarzy. Powoli jest ich coraz mniej ;) Pewnie nie chcecie mi sprawiać przykrości i pisać negatywnych komentarzy, czy coś.
Także przygotujcie się, bo może już całkiem niedługo powiemy wspólnie "Pa pa" Daphne.
Kontakt:
ask.fm: http://ask.fm/AmeliaxoxoMTT każde pytanie tuutaj! Tylko tutaj odpowiadam. Na wszystko. Także proszę, nie w komentarzach.
gg: 33348455 piszcie
twitter: AmeliaxoxoMTT follow me, jeśli czytasz ;)
Dziękuję, że wciąż jeszcze niektórzy ze mną są i kocham Was mocno i zrozumcie moją decyzję, którą jeszcze przemyślę...
Kobieta zmienną jest :D

Kocham Was, ameliaxoxo

piątek, 15 czerwca 2012

Chapter sixteen


http://www.youtube.com/watch?v=-EQ6eHeBrhM

Nowotwór. Nowotwór szyjki macicy. Słowa, które osiadają na dnie duszy i sprawiają, że wszystkie dotychczasowe problemy przestają być problemami. 
Nie do zniesienia słowa i odruchy. W jednej chwili stoisz na pozycji przegranej. 
Kilka chwil, które przesądzają życie, które wskazują drogę. Drogę bez wyjścia. 
Pustka. Bo tylko to słowo jest w stanie określić co czujesz. Coś co wyżera od środka i skutecznie powstrzymuje od okazywania najmniejszych nawet emocji. Moment. Moment, w którym zdajesz sobie sprawę z tego, że nie możesz już walczyć, bo nawet gdybyś chciał, to i tak jesteś bezsilny. 


Wyszłam z bladego budynku co chwila napotykając się na stare, schorzałe twarze. Błyszczące oczy pragnące śmierci. Odejścia z godnością i pozostawienia po sobie w sercach najbliższych okruchy wspomnień.
Ludzie wiedzący, że już zrobili na tym świecie to, co było im dane. 
Osoby martwe w środku, ale żywe na zewnątrz, świadome. Z pozoru. 
Usiadłam na ławce. Zapaliłam. Zaciągnęłam się głęboko, zachłannie, bez najmniejszych zahamowań. Było po dziewiętnastej. Uliczne lampy rozświetlały ponure, październikowe, londyńskie drogi. Wtuliłam się mocniej w kurtkę z dżinsu. 
Myślałam. Myśli, od których dotychczas starałam się wybronić, zamęczały mnie coraz bardziej. Pytania rosły w siłę i nie potrafiłam nad nimi zapanować. 
Z każdą chwilą czułam coraz większy ucisk przy skroniach. Pragnęłam uwolnić się od samej siebie. 
Zdawało się być coraz chłodniej. Pokrótce wysłałam wiadomość do Malika. Zbierałam w sobie odwagę, by móc wypowiedzieć mu wszystkie zdania, które wcześniej ułożyłam sobie w głowie. 


"Trafalgar Square. Przyjdź. Szybko."


Uniosłam głowę do góry. Napawałam się widokiem księżyca na grafitowym tle, kiedy pojawił się on. Równie olśniewający co niejedna z gwiazd. Perłowy uśmiech, czekoladowe spojrzenie, nienagannie ułożona fryzura i skórzana kurtka na krwistoczerwonej, przylegającej do wyrzeźbionego ciała Zayna przyprawiła mnie o dreszcze. 
Każda chwila, każdy moment spędzony przy nim, był krótkim oderwaniem się od rzeczywistości. Błąkaniem się po skrawku osobistej, małej mekki. 
Wstałam niepewnie. Z uśmiechem na twarzy uścisnęłam jego gorące dłonie. I niezależnie jak zimno byłoby na dworze, on zawsze był rozpalony. 
Wszystko, co chciałam mu powiedzieć nagle straciło jakikolwiek sens. Każde zdanie zostało rozsypane na malusieńkie kawałki. 
Przejechałam opuszkami palców po jego spierzchniętych wargach. Łaknęłam jego pocałunku. Tak drobnego dowodu, że jest przy mnie. Bo każde spotkanie było jak sen na jawie. Jak spotkanie po latach. Ponowne zejście się po długim czasie oczekiwania. Jego obecność była doświadczaniem małego cudu. Cudu powstałego z myślą o mnie.
Każde jego spojrzenie utrzymywało mnie przy życiu odbierając jednocześnie kawałki naruszonej, zepsutej już duszy. Bałam się mu oddać w całości, zaufać, ale jednocześnie nie mogłam bez niego żyć. Tak słabo go znałam, ale to nie powstrzymało mnie od pokochania go. Bezgranicznie. Uzależnienia się od jego dotyku, od jego uśmiechu, od jego słów, od jego obecności. Miłość, której ciągle nie rozumiałam...
Jego delikatny pocałunek wybudził mnie z rozmyśleń.
- Będę musiała wyjechać - wyszeptałam patrząc na jego buty. On uniósł delikatnie mój podbródek do góry. Nie odezwał się, pozwolił mi mówić dalej. - Nie wiem na jak długo - dokończyłam. 
- Słucham? - Malik zmarszczył brwi kręcąc z niedowierzaniem głową. 
- Wyjeżdżam. Nie wiem na jak długo. Złapię jakąś dorywczą pracę w innym mieście... - przygryzłam z całej siły język. 
- O czym ty do cholery mówisz? - drapał się nerwowo po szyi zaciskając usta w cienką, poziomą kreskę.
- To... - wyszeptałam starając przywrócić do normy swój astmatyczny oddech. - To już koniec, Zayn - trzy słowa, które z tak ogromnym trudem przeszły przez moje gardło. Ale to tylko słowa, gorsza była myśl, że właśnie tracę... mojego Malika. 
Chciał zaprotestować, ale ja delikatnie pokręciłam głową prosząc, by tego nie robił.
- Ciii - otarłam drżącą ręką jego łzę wolno spływającą po policzku. - Mogę? - zapytałam z nadzieją, że będzie wiedział o co mi chodzi, że nie będę musiała się trudzić, by znowu cokolwiek z siebie wydusić. 
Zrozumiał. 
I wtedy, nasze usta złączyły się w ostatnim, najbardziej zobowiązującym pocałunku. Po chwili zapomniałam, które usta są moje. Po chwili zapomniałam, że jest ich dwoje. 
Pocałunek, obietnica, pasja, oddanie.  
- Pamiętasz, kiedy powiedziałem, że razem zawsze damy radę? - wyszeptał krztusząc się łzami i jednocześnie starając się upozorować uśmiech.
Pokiwałam głową. 
- Zawsze. Niezależnie co się stanie, ja zawsze będę cię kochał, rozumiesz? Do śmierci, a jeśli jest coś potem, to będę cię kochał nawet po śmierci. I tak jak pokochałem cię po raz pierwszy, tak będę codziennie od nowa się w tobie zakochiwał. I nie dam ci odejść. Nie dam po raz kolejny sobie ciebie oderbać, rozumiesz? - złapał mnie za barki. - Rozumiesz?! - potrząsał mną trzęsąc się z płaczu. Powoli osunął się na ławkę z wycieńczenia. A ja? No co ja mogłam zrobić? Musnęłam delikatnie jego ramię i jak kompletna, skończona kretynka, uciekłam. 
Nie odwróciłam się, nie wiem, czy biegł za mną, nie wiem, czy miał na tyle siły. 
Miłość, którą go obdarzyłam, nie pozwoliła mi przy nim zostać i ta sama miłość nie pozwoliła mi narażać go na współczucie. 


Było po dwudziestej. Tommy już spał, a ojciec chyba wyszedł z domu. Weszłam do swojego pokoju, chwyciłam za walizkę i zaczęłam się pakować. Wrzuciłam do niej pierwsze lepsze ciuchy i kosmetyki. Z regału zabrałam pieniądze, które zbierałam na ewentualne studia i wytargałam bagaż z dużego pomieszczenia. Każda rzecz leżała na swoim miejscu, wszystko było poukładane. 
Weszłam po cichu do pokoju Tommego. Spał. Uklęknęłam przy jego łóżku i przykryłam go kołderką, którą miał w zwyczaju w nocy skopywać. Głaskałam jego małą dłoń patrząc na różane policzki i atramentowe rzęsy. 
- Tak bardzo cię kocham, mały. Przepraszam, że muszę cię zostawić. Tatuś się tobą zaopiekuje - ucałowałam go w czoło. Byłam spokojna. Płacz umilkł i tylko co jakiś czas po policzku spływała pojedyncza, nieważna łza. 
Wyszłam z domu. Wysłałam tacie krótką wiadomość, że wyjeżdżam na jakiś czas i, że niebawem wrócę. Nie doczekałam się odpowiedzi. 
Trzymając małą walizkę, wsiadłam do pierwszego autobusu, jaki pojawił się na przystanku. Zatrzymałam się na którejś stacji z kolei, nie dbałam o to, na której. 
Znalazłam jakiś przydrożny motel. Zakwaterowałam się w pokoju numer siedemnaście.
W jednej chwili wszystko stało się obojętne. Tak nagle. Nieunikniony ucisk żołądka z minuty na minutę był przeze mnie coraz bardziej lekceważony. Zdążyłam już do niego przywyknąć. 
Usiadłam na łóżku, przetarłam palcem kurz z małej etażerki. 
Dwa tygodnie. Wystarczą tylko dwa tygodnie żeby przesądzić czyjeś życie, bo dokładnie dwa tygodnie temu poszłam na badania.  Kilka dni temu stwierdzono raka szyjki macicy. Coś, co według lekarzy było "niemożliwe w tym wieku", od tak, stało się możliwe. Chęć walki z chorobą wygasła. Błagam... Jakakolwiek chęć wygasła. Do wszystkiego. Zostałam sama z problemami na barkach. 
Kilka dni na to, żeby pogodzić się z prawdopodobnie nieuleczalną chorobą. Kilka dni na to, żeby pogodzić się ze śmiercią i kilka dni na to, żeby pogodzić się z utratą wszelkiej nadziei, bo nawet ona mnie opuściła. 
Bez planów. 
Bez przyszłości. 
Bez myśli. 
Bez wiary. 
Bez życia. 


"Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci równie szybko, jak pogrzebią w ziemii nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszys­tkie nasze prag­nienia odejdą ra­zem z na­mi i nie zos­ta­nie po nich na­wet pus­te miej­sce. Na ziemi nie ma pus­tych miej­sc."


_____________________________________________________
Ku pamięci moim kochanym, dziadkowi i babci. Kocham Was z całego serca. Dziękuję, że nade mną czuwacie i tym opowiadaniem pozwalacie poruszać serca innych ludzi. 
Spoczywajcie w pokoju, Wasza kochająca wnuczka. 

czwartek, 7 czerwca 2012

Chapter fifteen


http://www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=rtOvBOTyX00


Loui dotknął swoją zimną dłonią mojego rozgrzanego karku. Drgnęłam. Moja klatka piersiowa uniosła się do góry jednocześnie rozpierając mnie powietrzem nagromadzonym w płucach.
- Trzymaj - chłopak podał mi kakao w dużym, niebieskim kubku. 
- Dzięki - naciągnęłam rękawy za nadgarstki i przejęłam od chłopaka gorący napój. Usiadłam w wiklinowym krześle stojącym przy kaloryferze.
- A więc... Powiesz mi w końcu co się dzieje? - Tomlinson klapnął na podłodze podpierając się plecami o polowe łóżko. 
- Masz zamiar dalej drążyć ten temat? Daj już spokój, proszę - zmarszczyłam czoło. 
- Słuchaj, masz do wyboru dwie opcje. Albo mówisz mi o co chodzi, albo w ostateczności mówisz mi o co chodzi. Wybieraj - powiedział całkiem poważnie. Nie przejęłam się jego słowami. 
- Zaśpiewaj mi coś - rozkazałam pieszcząc swoje obojczyki.
- Daphne... - Louis nie dawał mi spokoju, chociaż i tak nie miał nic do gadania.
Nie potrafiłam mu powiedzieć co mnie dręczy, co nie daje mi spokoju i skutecznie zatruwa moje myśli.
Zwyczajnie. 
Nie.
Potrafiłam.
- Zaśpiewaj mi coś - ponowiłam żądanie. 
- Nie - odparł stanowczo.
- W takim razie idę - zagroziłam mu. 
- W takim razie idź - był niewzruszony. Kto by się spodziewał po Tomlinsonie takiej stanowczości. 
- Do jutra, Loui - uśmiechnęłam się do niego szelmowsko. 
- Do jutra - wymruczał po nosem. Nawet kiedy był wkurzony, wyglądał arcysłodko. Chyba właśnie dlatego, jego foszek na mnie nie zadziałał. Nic, a nic. 
Wyszłam z maleńkiej kamienicy zakładając co chwila nieznośne, elektryzujące się włosy za uszy. Dzieci poznikały z podwórka, a dorośli zmagając się z ponaglającym ich, porywistym wiatrem wracali z pracy do domu, do rodziny. 
A ja? Najzabawniejsze jest to, że nie miałam gdzie wracać, nie miałam do kogo wracać. Tommy w najlepsze bawił się w przedszkolu, a mój ojciec... Licho właściwie wie, co robił mój ojciec. 
Przyczołgałam się do domu. Autobus mi uciekł, więc byłam zdana na własne nogi. 
Znużona wlazłam na piętro i zamknęłam się w pokoju. Wskoczyłam plackiem na łóżko i przycisnęłam swoją twarz do poduszki. Tylko ona mogła znieść mój rozpaczliwy, głuchy krzyk. 
Nagle do moich uszu dobiegł chaotyczny stukot w drzwi. Szybko poderwałam się do góry. 
Nigdy nie zakluczaliśmy domu, więc każdy mógł bez problemu wejść do środka. Mimo pewnego lęku, otworzyłam. 
- No siema, Collingwood - Zayn oparty łokciem o framugę podtrzymywał swoją głowę na dłoni. 
- Gdybyś nie był aż tak seksowny, to pewnie bym cię stąd wygoniła - wcisnęłam ręcę pod jego skórzaną kurtkę. 
- Więc zaprosisz mnie do siebie? - Malik zaczął jeździć kciukami przy kącikach moich ust. 
- A muszę? - zrobiłam błagalną minę nie chcąc oderwać się od torsu chłopaka. No i znowu. Znowu zatraciłam się w jego błyszczących, czekoladowych tęczówkach i malinowych wargach. Po raz kolejny tak ciężko było mi się oderwać od jego rozpalonych dłoni, które zawsze sprawiały, że przez moje ciało przechodziły dreszcze, a w głowie buzowały niegrzeczne myśli. 
Stanęłam na jego znoszonych trampkach. On przeszedł z dodatkowym balastem w mojej postaci kilka kroków. W końcu stracił równowagę i oboje wylądowaliśmy na łóżku. 
Zaczęłam się śmiać nie mogąc powstrzymać bólu brzucha, a on, przekręcony bokiem, uśmiechał się łagodnie. 
- Lubię twój śmiech - pocałował mnie w szyję. Delikatnie, krótko. 
- Co jeszcze lubisz? - przygryzłam wargę. 
- Lubię twoje oczy - kolejny raz ucałował mnie w szyję. Tym razem nieco niżej. - I to jak odgarniasz włosy z czoła - i znowu przykleił swoje lepkie wargi do mojego ciała. - Lubię to, jak się denerwujesz, to jak się rumienisz i to, jak wyobrażasz sobie mnie nago.
Każdy całus przeplatany słowami sprawiał mi niezwykłą przyjemność. Szczególnie ten ostatni, złożony pomiędzy piersiami. 
- Słucham? - zaśmiałam się pod nosem udając oburzenie. 
- Nie udawaj, że tego nie robisz - przejechał wilgotnym językiem po wargach. 
- Widzę, że ktoś tu ma wysokie mniemanie o sobie - wplotłam palce w jego czuprynę. 
- Kochanie, ja to po prostu wiem - poruszył znacząco brwiami. 
No, może wyobrażałam go sobie nago... Raz, czy dwa... Ewentualnie za każdym razem, kiedy na niego spojrzałam. 
- Zimno mi - przytuliłam się do jego gorącego ciała. 
- Masz może ochotę na pizze?
- Nie jestem głodna, tylko jest mi zimno - zrobiłam minę nadąsanej dziewczynki. 
- No chodź tu - chłopak położył się na plecach. Ułożyłam się wygodnie na jego ramieniu. 
Dziwne uczucie... Byłam skołowana, ale jednocześnie szczęśliwa. Wszystkie moje lęki i zmartwienia migiem tonęły w jego kawowym spojrzeniu. Każde zwątpienie mijało wraz z jego dotykiem. 
Jednak po ciemku, kiedy zostawałam sama w ciasnym, dusznym pomieszczeniu, całe zło tego świata spadało na mnie z podwojoną siłą. Wszystkie zmartwienia i troski wracały nie dając spokoju. Rujnując w głębokiej rozpaczy i niezrozumieniu. 
A mój przypadek? Mój przypadek był wyjątkowo ciężki. 
Dziewczyna, lat osiemnaście, zakłamana, zdemoralizowana, zagubiona... Ale mająca przy sobie kogoś, przy kim jest szczęśliwa, kto jest lekiem na ludzką wrogość i nienawiść... I własną głupotę.
Przy nim starałam się nie myśleć, bo myśli pogrążały mnie w jeszcze większym zakłopotaniu. Każdy problem odkładałam na później, by tymczasem z każdą kolejną minutą móc na nowo zakochiwać się w jego spojrzeniu. 

- Tęskniłem jak debil, wiesz? - wsłuchiwałam się w rytmiczne bicie jego serca. 
- Wiem - podniosłam głowę i cmoknęłam go w nos. 
- Przepraszam za tamto... - spiął palce u stóp.
- Nie wracajmy do przeszłości. Jest dobrze, serio. Tak dobrze, jak jeszcze nigdy - pociągnęłam wargami po jego szorstkim zaroście. 
- Chciałem z tobą o czymś pogadać - przeszłam do pozycji siedzącej. - Nie, leż tutaj. Tak będzie mi wygodnie - powiedział kojącym głosem. Wyszukałam jego ręki i splotłam palce swojej dłoni z jego. 
- A więc? - odchrząknęłam zalegającą mi ślinę w gardle. 
- Wtedy, na dyskotece - zaczął niepewnie. - Gemma zasłabła i wylądowała w szpitalu - zrobił długą pauzę wyczekując mojej reakcji. - Przepraszam, że wybiegłem bez słowa, ale przez telefon to wszystko brzmiało na prawdę strasznie.
- Nie musisz mi tego mówić - szepnęłam przejęta. 
- Zadzwoniła do mnie jej matka - mówił dalej nie zważając na moje słowa. - Ciąża jest zagrożona - spojrzał się w sufit. 
- I po co mi to mówisz? - podniosłam się i usiadłam po turecku. Czułam, jak mój żołądek powoli ściska się z żałości, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Określono dokładny miesiąc. Miesiąc, w którym... No, w którym zaszła. Nie zgadza się - bąknął zażenowany. 
- Czyli to nie jest twoje dziecko? - przeniosłam wzrok z kołdry na chłopaka. 
- Nie wiem... Chyba nie... W każdym razie zgodziłem się na test, który ma potwierdzić ojcostwo.
- Potwierdzić? 
- Albo zaprzeczyć - wydukał. - Ale nawet jeśli to nie jest moje dziecko... Ciąży na mnie pewna odpowiedzialność. W końcu skoro ojciec jest nieznany, to ja będę musiał się przyczynić do wychowywania tego dziecka. 
- Nie będziesz - przetarłam załzawione oczy. - Przecież ono nas zniszczy. Nasz związek... Na tobie nic nie ciąży. To na niej ciąży. I to dziecko. Nie twoje dziecko - czułam jak moja warga zaczyna drgać. 
O tak, droga Gemma doskonale wiedziała jak zabawić się Zaynem. To właśnie ona była prezesem klubu ZrujnujŻycieDaphne (i Malika, oczywiście). 
- Błagam, Daphne - oczy chłopaka też się zaszkliły. Mocno mnie do siebie przytulił. Położył brodę na mojej głowie. 
- Boję się, że cię stracę... - wyszeptałam.
Z każdą strużką łez, tusz do rzęs coraz bardziej rozmazywał się na polikach. 
Pocałował mnie w czubek głowy. Okręcił sobie na palcu kosmyk moich włosów. Bardzo delikatnie ułożył mnie do pozycji leżącej. Przycisnął usta do moich ust. Smakowały miętową gumą. 
- Cokolwiek się wydarzy, nikt ani nic nie jest w stanie stanąć nam na drodze - wyszeptał gorliwie. Spojrzałam w jego oczy, a później przeniosłam wzrok na rzęsy. 
Długie, sklejone, drgające jak odnóża małych pajączków. 
Założyłam ręce za jego szyję. Oplotłam jego ciało swoimi nogami. Patrzeć w jego oczy, to tylko chwila. Chwila, która powoli sklejała drobne kawałki mojej rozbitej rzeczywistości. 
- Chyba się w tobie zakochałem, Collingwood - powiedział rozmarzonym tonem. 
Jeździłam opuszkami palców po wyraźnych konturach jego twarzy. 
- Dziękuję - wyszeptałam ledwo słyszalnie. 
- Za co? - zaczął gładzić palcami moje włosy. 
- Za to, że jesteś - złożyłam na jego ustach pocałunek. Pełen pasji, zaangażowania i namiętności. 


Otworzyłam zaspane oczy. Kiedy mgła przed nimi się rozwiała, znowu zaczęłam widzieć wyraźnie. Błądziłam wzrokiem po pokoju. Malika już nie było. Przeciągając się, głośno ziewnęłam. 
Było kilka minut po siódmej, ale tak wczesna, sobotnia pobudka miała miejsce tylko dlatego, że dzień wcześniej zasnęłam o dziewiętnastej. Przy Zaynie. I to dlatego zdziwił mnie samotny poranek.
Masakryczny ból głowy przy skroniach i mdłości nie pozwoliły mi na kontynuowanie snu. Zebrałam swoje zwłoki i doniosłam je do kuchni. Szlajałam się w tę i z powrotem czując, że każdej chwili mogę eksplodować. Kiedy huk w głowie był już nie do zniesienia, a tabletki nie skutkowały, pochwyciłam telefon stacjonarny leżący w salonie.
- Dzień dobry, ja chciałabym umówić się na wizytę u doktora Eisenhowera... Za godzinę?... Tak, tak... Pasuje mi... Dziękuję bardzo, do usłyszenia.
___________________________________________
No cześć :) I jak? Romantycznie, mdło... Jednym słowem ujmując, dość nudno. Ale pod wpływem ostatniej książki, jaką przeczytałam, powstał właśnie taki rozdział. Nijaki, ale trudno. Czasem takie też muszą powstać :) 
JEEEEJKU, ALE JA WAS KOCHAM! TYLE OSÓB DO MNIE PISZE I W OGÓLE OJEJKU O.O DZIĘKUJĘ BARDZO! 
To może zrobicie mi niespodziankę i obsypiecie komentarzami? No dobra, nic na siłę... Ale za każdą opinię byłabym niezmiernie wdzięczna, serio. To ważne. JEŚLI JUŻ CZYTASZ, TO SKOMENTUJ, PROSZĘ! 
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxomtt@onet.pl 
twitter: AmeliaxoxoMTT (follow me xd)
ask.fm: http://ask.fm/AmeliaxoxoMTT Wszystkie pytania proszę kierować pod ten adres. Nie w komentarzach, czy na twitterze. 
gg: 33348455
I jeszcze raz przypominam, że biorę udział w konkursie. I tak już nie wygram i są nikłe szanse na podium, no ale nieważne xdd. I oczywiście dziękuję za dotychczasowe oddane na mnie głosy: http://wymarzony-swiat-z-1d-official.blogspot.com/
I BŁAAAAAAGAM, polecajcie znajomym mojego bloga :)
Kocham Was i pozdrawiam, ameliaxoxo

piątek, 1 czerwca 2012

Chapter fourteen

 http://www.youtube.com/watch?v=QLPVtIscbco&feature=BFa&list=PLE592C5463BB7915E

Kiedy na fizyce, ostatniej planowej lekcji w piątek usłyszałam dzwonek, niechętnie poderwałam się do góry. Czemu niechętnie? Bo przez każde gardzące spojrzenie rzucone w moją stronę, miałam coraz większą ochotę zapaść się pod ziemię.
Odosobniłam się od wszystkich. Przerwy spędzałam w bibliotece. Urywałam się z zajęć ze znajomymi. I to niezależnie z kim były. Czy ze Stephanie, czy z Malikiem, czy z Hazzą.
- Ej, lasia! Może dla mnie też zatańczysz? - brunet w błękitnej koszulce zwrócił na siebie moją uwagę. Zaczął kręcić biodrami, co w grupie osób o podobnym ilorazie inteligencji do jego, wzbudziło niekontrolowany napad śmiechu.
Z całych sił zacisnęłam dłonie w pięści, spuściłam głowę.
Moje ręce na chwilę odrętwiały. Nerwowo i gwałtownie zaczęłam błądzić rękoma po kieszeniach szukając słuchawek. Pochwyciłam je szybko i wprawnym gestem włożyłam do uszu tarczę obronną. Mój drobny symbol niezależności.
Każdy krok, który stawiałam był szybszy od poprzedniego. Wyszłam przez szkolne mury uwalniając się tym samym od natrętów, którzy powodowali coraz większy spadek mojej samooceny. Niebo z każdą chwilą zdawało się być coraz ciemniejsze. Czarne chmury przysłoniły słońce. Narzuciłam na głowę kaptur i udałam się w stronę przystanku autobusowego. Droga do domu wcale nie była długa, zwykle jednak przemierzałam ją znad samochodowych kół. Od kiedy ojciec odprowadza mojego brata do przedszkola - co ostatnio ma miejsce niezwykle, wręcz podejrzanie często - chodzę do szkoły pieszo. Tym razem nie miałam na to ochoty. Właściwie na nic nie miałam ochoty.
Sprawdzałam rozkład jazdy, kiedy rytmiczne bicie mojego serca nagle zostało zbite z tropu. Poczułam dużą, męską dłoń na moim przedramieniu.
- Daphne! - Louis przytulił mnie do siebie, po czym uniósł i obrócił kilka razy. Uśmiechnęłam się do niego wtapiając swoją twarz w jego tors. - Co się z tobą dzieje? Przecież dzwoniłem i pisałem...
- Przepraszam, ale ostatnio nie czuję się najlepiej.
- Co jest, Mała? - zapytał troskliwie.
- To nic takiego, zwykłe przeziębienie - nie, wcale nie czułam się dobrze ze świadomością, że okłamuję kogoś, kto jest dla mnie jak starszy brat, ale inaczej nie potrafiłam. I chyba właśnie ta świadomość nie pozwalała mi go zamartwiać. Ufałam mu. Ufałam mu bezgranicznie. Zwyczajnie chciałam, żeby żył swoim życiem, a nie cudzymi problemami.
- Nie będę naciskał, ale jak będziesz chciała pogadać, to dzwoń, pisz czy cokolwiek. W każdej chwili, dwadzieścia cztery na dobę, jasne?
- Jasne - znowu wtuliłam się w Tomlinsona. To może dość absurdalne, ale uwielbiałam zapach jego swetrów. Pachniały jak Louis, a to w zupełności wystarczało, żebym czuła się bezpieczna.
- W takim razie gdzie jedziemy?
- My nigdzie. Ja jadę do siebie - nałożyłam poprawkę na słowa chłopaka. - Chyba... - dodałam niepewnie.
- No dobrze. W takim razie pojedziemy do mnie - chłopak pociągnął mnie za sobą do autobusu, który nadjechał. Szybko zajął dwa miejsca obok siebie. Lou usiadł od strony okna.
Przystanek później dosiadła się pani, która z trudem podtrzymywała się na lasce.
- Proszę - wskazałam kobiecie miejsce, które jej ustąpiłam.
- Dziękuję Kwiatuszku - usadowiła się na fotelu. - Lepiej dbaj o nią, bo taka dziewczyna, to prawdziwy skarb - staruszka zwróciła się w stronę mojego towarzysza. Zaczęłam się cicho śmiać patrząc, jak chłopak stara się wyplątać z dość niefortunnej sytuacji. Nic z siebie nie wydusił, a na dodatek spalił wielkiego buraka. Puściłam mu oczko, co miało jedynie dodać mu otuchy.
- Wiem. Będę o nią dbał, bo w gruncie rzeczy ma bardzo dobre serce - uśmiechnął się do mnie, a ja delikatnie się zarumieniłam. Mówił szczerze, a to co powiedział, było jedną z milszych rzeczy jakie dotychczas usłyszałam.
Krótka pogawędka starczyła, żeby kobieta znalazła się w swoim żywiole. Z tematu o swoich wnukach sprawnie przeszła do tematu śmierci jej męża.
- I wiecie co jest największą oznaką tego, że jest się starym? - zagadała nas powoli przygotowując się do wyjścia z autobusu. - To, że zaczyna się kochać życie... - staruszka uśmiechnęła się do mnie pokazując ładne, sztuczne zęby oprawione w malinowe, spierzchnięte wargi. Nacisnęła guzik, który automatycznie otworzył przed nią drzwi.
- Do widzenia! - krzyknęłam na pożegnanie.
- Do widzenia kochani, do widzenia - spojrzała na mnie podkrążonymi, przemęczonymi, starymi oczami. Oczami pełnymi dobroci i serdeczności.
Usiadłam na miejscu, które jeszcze kilka minut temu dzierżyła kobieta.
- Miła, co? - powiedział Lou.
- Miła. Miała w sobie coś takiego... Dobrego - to cudowne, że cierpienie jakiego doświadczyła nie przeszkodziło jej w śmiałym obdarowaniu innych miłością i ciepłem.

Resztę drogi Tomlinson kłócił się ze mną, który smak żelków HARIBO jest najlepszy. Obstawiałam ananasowe, a chłopak uparł się, że truskawkowe. W końcu wyjął z torby jedną z czterech paczek gumowych misiów, które rzekomo miały być dla jego sióstr i nie mogąc się powstrzymać, zaczęliśmy odgryzać im głowy i bawić się w żelkobójców.
Nie mam pojęcia jak ten chłopak to robił, ale zwyczajnie nie potrafiłam się przy nim nudzić, smucić czy marudzić.
- To tutaj - wysiedliśmy na jednej z biedniejszych londyńskich dzielnic. Cztery przystanki dalej od mojego. Zmierzyłam chłopaka wzrokiem, by upewnić się czy aby na pewno nie żartuje. - No chodź - pociągnął mnie za rękę. Niebo się rozchmurzyło, a z zapyziałych kamienic z czerwonej cegły powychodziły dzieciaki. Chłopcy w szarych podkoszulkach i szerokich spodniach grali w kosza, a dziewczynki co chwila podciągając za duże spódniczki, skakały przez gumę na boisku.
Po chwili podbiegły do nas dwie z nich.
- Louuuu! - zaczęły się przekrzykiwać na przemian, aż w końcu na niego wskoczyły.
On zaczął się śmiać, a ja speszona przyglądałam się całej sytuacji.
- Mam coś dla was, ale najpierw... - wskazał na mnie ręką. - To Daphne, moja - urwał na chwilę. - Moja przyjaciółka - dziewczynki chórkiem mnie przywitały, a już chwilę później wsuwały słodycze, które przywiózł im Tomlinson. Zaspokojone i szczęśliwe, wróciły do rówieśników.
- Siostry? - uniosłam jedną brew do góry.
- Daisy i Pheobe - przeniósł na nie wzrok. Dawały mu tyle szczęścia... - Chodź - pogonił mnie.
Zaprowadził mnie na małą, ciasną uliczkę i wskazał na drzwi jednej z kamienic. - Kobiety przodem - otworzył przede mną drzwi.
Weszłam do jego mieszkania patrząc na stare, zniszczone meble i fotografie rodzinne porozwieszane na ścianach.
- Ładnie tu - przejechałam palcami po zakurzonej ramce zdjęcia Louisa z jego - jak przypuszczałam - ojcem.
- Serio? - zmarszczył brwi niedowierzając.
- Serio. Przytulnie - uśmiechnęłam się do niego najszczerzej jak tylko potrafiłam. Mieszkanie było skromne, niewielkie, ale przepełnione takim domowym ciepłem. Czymś, czego ja nigdy nie doświadczyłam. Na prawdę, nie miało dla mnie znaczenia to, ile lat miał tapczan lub kiedy ostatni raz były malowane ściany. To miejsce miało w sobie coś znacznie cenniejszego od pozłacanych krawędzi stołu czy barokowych waz.
- Masz słaby gust - wytknął mi język. - No, ale nieważne. Chodź, oprowadzę cię - nie opuszczał go dobry humor. - To pokój Pheobe i Daisy, to Charlotty i Felicity. Tu mieszka moja mama, a tutaj moi dziadkowie - weszłam do pokoju najstarszego pokolenia rodziny chłopaka. Oprócz nich, nie było nikogo w domu. Tomlinson ucałował ich i podał słoik z jakąś odgrzaną zupą. Był dla nich oczkiem w głowie i niewiele czasu potrzebowałam, żeby to zauważyć. - A tutaj urzęduję ja - na ścianach pokoju chłopaka porozwieszane były mapy, obrazy, a na szafkach leżały różne figurki i pamiątki.
- Jakie śliczne - wzięłam do rąk małego, szklanego słonika.
- Tata mi go dał kiedy miałem około ośmiu lat - usiadł na łóżku przykrytym kocem w stylu boho. - Często podróżował i przywoził mi różne bzdury z całego świata. Zawsze za nim tęskniłem, a on zawsze obiecywał, że wróci i będzie przy mnie. Ten słonik miał trzymać go za słowo.
- I co?
- Figurka przetrwała dłużej niż jego związek z moją mamą. Zostawił nas - toczył walkę z własnymi emocjami, którym za nic nie pozwolił wyjść na zewnątrz. - Chcesz coś do picia? - pociągnął nosem. - W takim razie zrobię ci herbaty - nie pozwolił mi odpowiedzieć.
Przeszłam się po jego pokoju oglądając maski, listy, pocztówki i mapy. Wszystko było zachowane w świetnym stanie. Chłopak miał nawet kalendarz majów. Wyjęłam z kieszeni kartkę, na której były zapisane wszystkie dni i miesiące, by porównać ją z kalendarzem chłopaka powieszonym na korkowej tablicy. Zawsze miałam ją przy sobie. Pomięta, brudna, sprana, ale zawsze coś.
Przed oczami mrugnęła mi mała, czerwona kropka. Przyjrzałam się dokładniej tekturce, na której miałam zapisane wszystkie dni płodne. Miesiączka powinna rozpocząć się dokładnie dwa dni temu.
- Nie, to niemożliwe... - wlepiłam swój tępy wzrok w datę czternastego października.
_________________________________
hej haj heloł. I co sądzicie? Nudno, długo... Czyli zupełnie tak, jak niepowinno być :D + może się z czymś pospieszyłam i ten rozdział jest trochę fantasy, ale to nic :D
No, ale nieważne. Zaraz się biorę za polecanie Waszych blogów, pomaganie Wam w rozdziałach, odpisywanie na e-maile, bo mam na głowie kilka/naście/dziesiąt spraw do pozałatwiania, więc nocka mi zejdzie xd Ale dla Was kochane z chęcią się poświęcę.
Jestem obecnie w Warszawie, bo mój pobyt się przedłużył, ale dodaję nowy. Nie miałam czasu robić korekty, więc wybaczcie, że jest jaki jest.
No, w każdym razie. Jak się podoba? EJJJ, PROSZĘ! KOMENTUUUJCIE, BO JAK NIE TO BĘDZIE MI SMUTNO I BĘDĘ MIAŁA DEPRESJĘ I NIE DODAM NOWEGO. no, oczywiście żartuję ;P Ale komentować macie tak, czy siak! :) proszę :c
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
ask.fm: http://ask.fm/AmeliaxoxoMTT
No, i piszcie, komentujcie, pytajcie, proście, błagajcie, polecajcie, głosujcie, dodawajcie do obserwowanych i co Wam tylko w duszy gra, kochane moje!
Pozdrawiam i do następnego, Ameliaxoxo
ps. O MAMCIU! ZAPOMNIAŁABYM! JEŻELI JUŻ CZYTASZ, TO ZAGŁOSUUJ, PROSZĘ! :) NR. 17:
http://wymarzony-swiat-z-1d-official.blogspot.com/
LINKUJCIE, PRZESYŁAJCIE DALEJ ITD. ALE CHCĘ, ŻEBY GŁOS BYŁ ZASŁUŻONY, WIĘC NIECH GŁOSUJĄ CI, KTÓRZY CZYTAJĄ. NA NIC MI NIEUCZCIWA WYGRANA NA SIŁĘ.
KOCHAM WAAAAS! :*