piątek, 1 czerwca 2012

Chapter fourteen

 http://www.youtube.com/watch?v=QLPVtIscbco&feature=BFa&list=PLE592C5463BB7915E

Kiedy na fizyce, ostatniej planowej lekcji w piątek usłyszałam dzwonek, niechętnie poderwałam się do góry. Czemu niechętnie? Bo przez każde gardzące spojrzenie rzucone w moją stronę, miałam coraz większą ochotę zapaść się pod ziemię.
Odosobniłam się od wszystkich. Przerwy spędzałam w bibliotece. Urywałam się z zajęć ze znajomymi. I to niezależnie z kim były. Czy ze Stephanie, czy z Malikiem, czy z Hazzą.
- Ej, lasia! Może dla mnie też zatańczysz? - brunet w błękitnej koszulce zwrócił na siebie moją uwagę. Zaczął kręcić biodrami, co w grupie osób o podobnym ilorazie inteligencji do jego, wzbudziło niekontrolowany napad śmiechu.
Z całych sił zacisnęłam dłonie w pięści, spuściłam głowę.
Moje ręce na chwilę odrętwiały. Nerwowo i gwałtownie zaczęłam błądzić rękoma po kieszeniach szukając słuchawek. Pochwyciłam je szybko i wprawnym gestem włożyłam do uszu tarczę obronną. Mój drobny symbol niezależności.
Każdy krok, który stawiałam był szybszy od poprzedniego. Wyszłam przez szkolne mury uwalniając się tym samym od natrętów, którzy powodowali coraz większy spadek mojej samooceny. Niebo z każdą chwilą zdawało się być coraz ciemniejsze. Czarne chmury przysłoniły słońce. Narzuciłam na głowę kaptur i udałam się w stronę przystanku autobusowego. Droga do domu wcale nie była długa, zwykle jednak przemierzałam ją znad samochodowych kół. Od kiedy ojciec odprowadza mojego brata do przedszkola - co ostatnio ma miejsce niezwykle, wręcz podejrzanie często - chodzę do szkoły pieszo. Tym razem nie miałam na to ochoty. Właściwie na nic nie miałam ochoty.
Sprawdzałam rozkład jazdy, kiedy rytmiczne bicie mojego serca nagle zostało zbite z tropu. Poczułam dużą, męską dłoń na moim przedramieniu.
- Daphne! - Louis przytulił mnie do siebie, po czym uniósł i obrócił kilka razy. Uśmiechnęłam się do niego wtapiając swoją twarz w jego tors. - Co się z tobą dzieje? Przecież dzwoniłem i pisałem...
- Przepraszam, ale ostatnio nie czuję się najlepiej.
- Co jest, Mała? - zapytał troskliwie.
- To nic takiego, zwykłe przeziębienie - nie, wcale nie czułam się dobrze ze świadomością, że okłamuję kogoś, kto jest dla mnie jak starszy brat, ale inaczej nie potrafiłam. I chyba właśnie ta świadomość nie pozwalała mi go zamartwiać. Ufałam mu. Ufałam mu bezgranicznie. Zwyczajnie chciałam, żeby żył swoim życiem, a nie cudzymi problemami.
- Nie będę naciskał, ale jak będziesz chciała pogadać, to dzwoń, pisz czy cokolwiek. W każdej chwili, dwadzieścia cztery na dobę, jasne?
- Jasne - znowu wtuliłam się w Tomlinsona. To może dość absurdalne, ale uwielbiałam zapach jego swetrów. Pachniały jak Louis, a to w zupełności wystarczało, żebym czuła się bezpieczna.
- W takim razie gdzie jedziemy?
- My nigdzie. Ja jadę do siebie - nałożyłam poprawkę na słowa chłopaka. - Chyba... - dodałam niepewnie.
- No dobrze. W takim razie pojedziemy do mnie - chłopak pociągnął mnie za sobą do autobusu, który nadjechał. Szybko zajął dwa miejsca obok siebie. Lou usiadł od strony okna.
Przystanek później dosiadła się pani, która z trudem podtrzymywała się na lasce.
- Proszę - wskazałam kobiecie miejsce, które jej ustąpiłam.
- Dziękuję Kwiatuszku - usadowiła się na fotelu. - Lepiej dbaj o nią, bo taka dziewczyna, to prawdziwy skarb - staruszka zwróciła się w stronę mojego towarzysza. Zaczęłam się cicho śmiać patrząc, jak chłopak stara się wyplątać z dość niefortunnej sytuacji. Nic z siebie nie wydusił, a na dodatek spalił wielkiego buraka. Puściłam mu oczko, co miało jedynie dodać mu otuchy.
- Wiem. Będę o nią dbał, bo w gruncie rzeczy ma bardzo dobre serce - uśmiechnął się do mnie, a ja delikatnie się zarumieniłam. Mówił szczerze, a to co powiedział, było jedną z milszych rzeczy jakie dotychczas usłyszałam.
Krótka pogawędka starczyła, żeby kobieta znalazła się w swoim żywiole. Z tematu o swoich wnukach sprawnie przeszła do tematu śmierci jej męża.
- I wiecie co jest największą oznaką tego, że jest się starym? - zagadała nas powoli przygotowując się do wyjścia z autobusu. - To, że zaczyna się kochać życie... - staruszka uśmiechnęła się do mnie pokazując ładne, sztuczne zęby oprawione w malinowe, spierzchnięte wargi. Nacisnęła guzik, który automatycznie otworzył przed nią drzwi.
- Do widzenia! - krzyknęłam na pożegnanie.
- Do widzenia kochani, do widzenia - spojrzała na mnie podkrążonymi, przemęczonymi, starymi oczami. Oczami pełnymi dobroci i serdeczności.
Usiadłam na miejscu, które jeszcze kilka minut temu dzierżyła kobieta.
- Miła, co? - powiedział Lou.
- Miła. Miała w sobie coś takiego... Dobrego - to cudowne, że cierpienie jakiego doświadczyła nie przeszkodziło jej w śmiałym obdarowaniu innych miłością i ciepłem.

Resztę drogi Tomlinson kłócił się ze mną, który smak żelków HARIBO jest najlepszy. Obstawiałam ananasowe, a chłopak uparł się, że truskawkowe. W końcu wyjął z torby jedną z czterech paczek gumowych misiów, które rzekomo miały być dla jego sióstr i nie mogąc się powstrzymać, zaczęliśmy odgryzać im głowy i bawić się w żelkobójców.
Nie mam pojęcia jak ten chłopak to robił, ale zwyczajnie nie potrafiłam się przy nim nudzić, smucić czy marudzić.
- To tutaj - wysiedliśmy na jednej z biedniejszych londyńskich dzielnic. Cztery przystanki dalej od mojego. Zmierzyłam chłopaka wzrokiem, by upewnić się czy aby na pewno nie żartuje. - No chodź - pociągnął mnie za rękę. Niebo się rozchmurzyło, a z zapyziałych kamienic z czerwonej cegły powychodziły dzieciaki. Chłopcy w szarych podkoszulkach i szerokich spodniach grali w kosza, a dziewczynki co chwila podciągając za duże spódniczki, skakały przez gumę na boisku.
Po chwili podbiegły do nas dwie z nich.
- Louuuu! - zaczęły się przekrzykiwać na przemian, aż w końcu na niego wskoczyły.
On zaczął się śmiać, a ja speszona przyglądałam się całej sytuacji.
- Mam coś dla was, ale najpierw... - wskazał na mnie ręką. - To Daphne, moja - urwał na chwilę. - Moja przyjaciółka - dziewczynki chórkiem mnie przywitały, a już chwilę później wsuwały słodycze, które przywiózł im Tomlinson. Zaspokojone i szczęśliwe, wróciły do rówieśników.
- Siostry? - uniosłam jedną brew do góry.
- Daisy i Pheobe - przeniósł na nie wzrok. Dawały mu tyle szczęścia... - Chodź - pogonił mnie.
Zaprowadził mnie na małą, ciasną uliczkę i wskazał na drzwi jednej z kamienic. - Kobiety przodem - otworzył przede mną drzwi.
Weszłam do jego mieszkania patrząc na stare, zniszczone meble i fotografie rodzinne porozwieszane na ścianach.
- Ładnie tu - przejechałam palcami po zakurzonej ramce zdjęcia Louisa z jego - jak przypuszczałam - ojcem.
- Serio? - zmarszczył brwi niedowierzając.
- Serio. Przytulnie - uśmiechnęłam się do niego najszczerzej jak tylko potrafiłam. Mieszkanie było skromne, niewielkie, ale przepełnione takim domowym ciepłem. Czymś, czego ja nigdy nie doświadczyłam. Na prawdę, nie miało dla mnie znaczenia to, ile lat miał tapczan lub kiedy ostatni raz były malowane ściany. To miejsce miało w sobie coś znacznie cenniejszego od pozłacanych krawędzi stołu czy barokowych waz.
- Masz słaby gust - wytknął mi język. - No, ale nieważne. Chodź, oprowadzę cię - nie opuszczał go dobry humor. - To pokój Pheobe i Daisy, to Charlotty i Felicity. Tu mieszka moja mama, a tutaj moi dziadkowie - weszłam do pokoju najstarszego pokolenia rodziny chłopaka. Oprócz nich, nie było nikogo w domu. Tomlinson ucałował ich i podał słoik z jakąś odgrzaną zupą. Był dla nich oczkiem w głowie i niewiele czasu potrzebowałam, żeby to zauważyć. - A tutaj urzęduję ja - na ścianach pokoju chłopaka porozwieszane były mapy, obrazy, a na szafkach leżały różne figurki i pamiątki.
- Jakie śliczne - wzięłam do rąk małego, szklanego słonika.
- Tata mi go dał kiedy miałem około ośmiu lat - usiadł na łóżku przykrytym kocem w stylu boho. - Często podróżował i przywoził mi różne bzdury z całego świata. Zawsze za nim tęskniłem, a on zawsze obiecywał, że wróci i będzie przy mnie. Ten słonik miał trzymać go za słowo.
- I co?
- Figurka przetrwała dłużej niż jego związek z moją mamą. Zostawił nas - toczył walkę z własnymi emocjami, którym za nic nie pozwolił wyjść na zewnątrz. - Chcesz coś do picia? - pociągnął nosem. - W takim razie zrobię ci herbaty - nie pozwolił mi odpowiedzieć.
Przeszłam się po jego pokoju oglądając maski, listy, pocztówki i mapy. Wszystko było zachowane w świetnym stanie. Chłopak miał nawet kalendarz majów. Wyjęłam z kieszeni kartkę, na której były zapisane wszystkie dni i miesiące, by porównać ją z kalendarzem chłopaka powieszonym na korkowej tablicy. Zawsze miałam ją przy sobie. Pomięta, brudna, sprana, ale zawsze coś.
Przed oczami mrugnęła mi mała, czerwona kropka. Przyjrzałam się dokładniej tekturce, na której miałam zapisane wszystkie dni płodne. Miesiączka powinna rozpocząć się dokładnie dwa dni temu.
- Nie, to niemożliwe... - wlepiłam swój tępy wzrok w datę czternastego października.
_________________________________
hej haj heloł. I co sądzicie? Nudno, długo... Czyli zupełnie tak, jak niepowinno być :D + może się z czymś pospieszyłam i ten rozdział jest trochę fantasy, ale to nic :D
No, ale nieważne. Zaraz się biorę za polecanie Waszych blogów, pomaganie Wam w rozdziałach, odpisywanie na e-maile, bo mam na głowie kilka/naście/dziesiąt spraw do pozałatwiania, więc nocka mi zejdzie xd Ale dla Was kochane z chęcią się poświęcę.
Jestem obecnie w Warszawie, bo mój pobyt się przedłużył, ale dodaję nowy. Nie miałam czasu robić korekty, więc wybaczcie, że jest jaki jest.
No, w każdym razie. Jak się podoba? EJJJ, PROSZĘ! KOMENTUUUJCIE, BO JAK NIE TO BĘDZIE MI SMUTNO I BĘDĘ MIAŁA DEPRESJĘ I NIE DODAM NOWEGO. no, oczywiście żartuję ;P Ale komentować macie tak, czy siak! :) proszę :c
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
ask.fm: http://ask.fm/AmeliaxoxoMTT
No, i piszcie, komentujcie, pytajcie, proście, błagajcie, polecajcie, głosujcie, dodawajcie do obserwowanych i co Wam tylko w duszy gra, kochane moje!
Pozdrawiam i do następnego, Ameliaxoxo
ps. O MAMCIU! ZAPOMNIAŁABYM! JEŻELI JUŻ CZYTASZ, TO ZAGŁOSUUJ, PROSZĘ! :) NR. 17:
http://wymarzony-swiat-z-1d-official.blogspot.com/
LINKUJCIE, PRZESYŁAJCIE DALEJ ITD. ALE CHCĘ, ŻEBY GŁOS BYŁ ZASŁUŻONY, WIĘC NIECH GŁOSUJĄ CI, KTÓRZY CZYTAJĄ. NA NIC MI NIEUCZCIWA WYGRANA NA SIŁĘ.
KOCHAM WAAAAS! :*

33 komentarze:

  1. Świetny!!!!
    Szybko dodawaj nn:*
    Kocham <3<3<3

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny rozdział! Jak każdy :) Wzruszył mnie opis domu Lou, tego ciepła rodzinnego. Ale zaniepokoiła mnie końcówka rozdziału... Mam pewne przeczucia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się ten rozdział i też zastanawia mnie koniec :P Lou jest taki słodki Haribo akurat jem hah xD ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Matko ciąża ?! *-*
    bez takich.. bo jeszcze z Harry'm czy coś .. oł mother of God :O

    OdpowiedzUsuń
  5. Ooo kur.. ciąża ? ;o
    Kocham to opowiadanie i czekam na nn :)
    Ola. :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny rozdział, z resztą jak każdy c;

    OdpowiedzUsuń
  7. Ło maj gasz, żeby tylko nie była w ciąży O.o Lou jest tu świetnie przedstawiony, fajnie by było, gdyby Daphne z nim więcej spędzała czasu I TAKIE TAM ^^ rozdział jest świetny. Weeeny!

    / K.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wzruszyłam się czytając ten rozdział, jest tak cudownie napisany. Kocham to opowiadanie. Ciekawi mnie ostatni moment opowiadania i co z tego wyniknie. Czekam na następny .;) x
    http://love-with-1d.blogspot.com/
    http://one-direction-lov.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Supcio ale mam nadzieję że nie będzie w ciąży z Harrym.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie wiem czemu ale ja chce żeby z nim była w ciąży XD
    Super rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Harry będzie tatusiem :P
    ale mam nadzieję że jednak nie ...

    rozdział jak zwykle świetny :D
    czekam na następny :DDD

    OdpowiedzUsuń
  12. super rozdział... :D

    OdpowiedzUsuń
  13. świetny rozdział, kocham Twoje opowiadanie!!! :D ;**


    http://living-melody.blogspot.com/ <--- polecam :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetny blog. chciałabym żeby daphne była z lou. i nie chce by harry został tatusiem. Please. ;*

    OdpowiedzUsuń
  15. OMG, jakie wspaniałe opowiadanie *.* Dzisiaj pierwszy raz weszłam na tego bloga i przeczytałam wszystkie rozdziały, jest już 5:24 a ja nie mogłam się zwyczajnie od niego oderwać :3 Niesamowite jest to w jaki sposób to wszystko opisujesz, w ogóle pomysł na tę historię też jest świetny, i na prawdę - czytając , nie odczuwałam nudy przy ani jednym rozdziale - wręcz przeciwnie. W każdym się coś dzieje, ŚWIETNE! Na dodatek przedstawiasz tak pozytywnie Zayn'a i mojego męża Louis'a, co jeszcze bardziej mnie zachęca do czytania. Zakochałam się w tym opowiadaniu, poważnie *.* Czekam niecierpliwie na kolejny, mam nadzieję, że pojawi się tu niedługo bo chyba nie wytrzymam :3 Oczywiście - zagłosuję na Ciebie, nawet sobie nie wyobrażam, że mogłabym tego nie zrobić :D
    Pozdrawiam, Ania x

    OdpowiedzUsuń
  16. Cudny !!;*
    Kocham twojego bloga ;** i mam nadzieje że będziesz pisać te opowiadania dalej ;**!!

    OdpowiedzUsuń
  17. Weź wyjdź ! Za dobra jesteś ! Uwielbiam to <3 PISZ !!!!

    OdpowiedzUsuń
  18. louis jest taki kochany super rozdział

    OdpowiedzUsuń
  19. Świetnie piszesz , oby tak dalej i jak zwykle superrrrrr rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  20. Kurcze kolejny świetny rozdział :):) Ja ty to robisz ?? No i widzę że coś się zaczyna dziać:):) Już nie mogę doczekać się kolejnych rozdziałów. Bardzo się cieszę, że prowadzisz tego bloga, bo jak już pisałam masz niesamowity talent :)

    Pozdrawiam:*:*

    Weronika :):)

    OdpowiedzUsuń
  21. o ja .... nie gadaj ze będiz e w ciąży :o jeszcze z HARRYM ?!

    OdpowiedzUsuń
  22. Jesteś cudowna !! Masz talent kobieto <3

    OdpowiedzUsuń
  23. kocham twojego bloga...czekam na następny rozdział <3

    OdpowiedzUsuń
  24. kocham bloga, ciebie i powtarzam to w kazdym komencie. teraz brak mi slow. fajnie opisalas dom Loui ;D nie umiem opisac tego rozdzialu. podobal mi sie a to najwazniejsze. czekam na kolejny. i mam nadzieje na odpowiedz na t do komentarza mojego z poprzedniego twojego wpisu ;D pozdrawiam xxxx
    @LoveIrishNIallx

    OdpowiedzUsuń
  25. ale namieszałaś. Daphe w ciąży? :O pewnie z Harrym... ale beka :D strasznie podoba mi się ten odcinek i ogólnie ralacje Daphe z Louisem :D czekam na next <3

    A xx

    OdpowiedzUsuń
  26. niedawno pisałaś abyśmy poleciły ci jakieś opowiadania. jest dziewczyna, która na prawdę świetnie pisze. jej opowiadanie jest utrzymane w takim luźnym stylu. mało osób je czyta i komentuje. jak będziesz miała chwilę to zajrzyj: http://one-love-one-direction.blogspot.com/
    mam nadzieję, że ci się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Wow, naprawdę dobre opowiadanie, jestem pod wrażeniem tego jak piszesz, zawsze coś się dzieje, nie ma nudy. Nowe, ciekawe wątki, oby tak dalej! Czekam na kolejny rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
  28. dziękuję.. za to co piszesz i jak piszesz. za to, że nie przedstawiłaś głównej bohaterki jako takiej, której największym problemem jest wybranie szpilek na imprezę. piszesz naprawdę świetnie. Dzisiaj dopiero trafiłam na Twojego bloga i właśnie skończyłam czytać. i dziękuję za tą piosenkę http://www.youtube.com/watch?v=QXwPUYU8rTI którą odkryłam dzięki Tobie w jednym z pierwszych rozdziałów i która towarzyszy mi do teraz (wiesz, riplej i te sprawy). "Massive thank you"! Naprawdę doceniam to, że tak bardzo się wczuwasz w to co piszesz i mam nadzieję, że nie zmienisz tego stylu. Podoba mi się tak jak jest. Dziękuje Ci. Czekam na kolejne xx

    OdpowiedzUsuń
  29. geniusz piania czytam dużo blogów i każdy jest wyjątkowy na swój sposób ale muszę przyznać że jakaś 2/6 tego co czytam jest denne i bezsensu . W twoich opowiadaniach mogę naprawdę poczuć się bohaterką . To co piszesz wywiera na mnie niesamowite wrażenie i działa jak narkotyk odrazu chce więcej a kiedy przez pewien okres czasu tego niedostane to się staczam.
    zapraszam do odwiedzania i komentowania mojego bloga o one direction - http://one-direction-mydream.blogspot.com/2012/06/rozdzia-3.html

    OdpowiedzUsuń
  30. o na boga! kocham twój blog!!!! dodawaj szybko następny bo nie wytrzymam...aaaaa! ;*****

    OdpowiedzUsuń