sobota, 19 maja 2012

Chapter twelve

Zabawne... Nawet nie przypuszczałam, że w zaledwie pięć dni, dyrekcja szkoły zdoła zadzwonić do mojego ojca kilkanaście razy. Jak nie wagary, to palenie na korytarzu - co oczywiście na moje nieszczęście zarejestrowały kamery - a do tego dochodzi nieoddany referat z biologi, o którym kompletnie zapomniałam. Stephanie długo błagała profesora o poprawę, jednak z marnym skutkiem. Facet się na nas uwziął. W sumie... Jedna jedynka w tą czy w tamtą... Na mnie takie rzeczy nie działają, jednak blondynka była wyraźnie przygnębiona faktem, że jej idealna średnia ocen została w pewien sposób zaburzona.
W te pięć dni, ani na krok nie odstępowałam szpitalnego łóżka Tommego. Czuwałam nad nim w dzień, a czasem i w nocy, żeby upewnić się, że gdy rano mój braciszek się obudzi, jego serce będzie pracowało tak sprawnie, jak przedtem. W piątek lekarze zdecydowali, że chłopca można wypuścić do domu, jednak wkrótce znowu będę musiała zabrać go na badania okresowe.
Ku uciesze mojego ojca, zajmowałam się nim wytrwale przez cały czas. W prawdzie widziałam, że nękają go pewne wyrzuty z powodu wypadku, ale mimo wszystko opiekował się małym tylko wtedy, kiedy była taka potrzeba. I chyba właśnie po to, by zachować przyzwoitość, zachęcił mnie do pójścia na imprezę, na którą wcześniej zaprosił mnie Malik. Podobno ma zebrać się na nim cała śmietanka towarzyska w postaci najpopularniejszych osób z mojej szkoły. Nie przepadam za tak wielkim tłokiem, ale skoro wszyscy znajomi - do których dołączył się nawet mój tata - wywierają na mnie presję, żeby pójść, to właściwie... Czemu nie?

- Co sądzisz o tych? - Stephanie wskazała na śliczne diamentowe kolczyki.
- Daj, założę - wbiłam w płatek ucha małe kamienie szlachetne.
- Spójrz - rozłożyła palce ułożone wcześniej w piąstkę, by pokazać mi piękny, bursztynowy wisiorek.
- Skąd to masz? - przyjżałam się inkluzji, którą w sobie zawierał.
- Moja mama opowiadała, że kiedy skończyła jedenaście lat, mój ojciec podarował jej ten wisiorek. Podobno zakosił go swojej matce, która już wtedy była przeciwna ich przyjaźni. Ona uchodziła za buntowniczkę z ubogiej rodziny, a on miał forsy jak lodu. Przez upływ czasu, ich drogi się rozeszły, aż w końcu ponownie spotkali się na studiach. Zakochali się w sobie, urodziłam się ja, przeprowadziliśmy się do Anglii... Wiesz co jest naśmieszniejsze? Przeciwstawili się całemu światu, żeby tylko móc być ze sobą. Zostawili własną rodzinę, z którą przez konflikt pokoleń nie mają nawet kontaktu. Zrobili to wszystko dla miłości...
- Miłość... W życiu istnieje tylko taki motyw?
- Przecież to właśnie miłość trzyma nas przy życiu.
- Obudź się, to nie jest bajka. Dostajemy od życia tylko namiastkę miłości. A wiesz na czym się ona opiera? Na seksie. To seks trzyma nas przy życiu. To on zaspokaja nasze potrzeby. Miłość to seks.
- Dość prymitywne...
- A nie mam racji? Miłość się nam perfidnie odbiera. Zostajemy sami z niedosytem, który wypełnia seks. Całą pustkę, całe okrucieństwo, wypełnia seks - dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem. Speszyła się i zupełnie ją zatkało, co można było łatwo wywnioskować po jej minie.
- A co sądzisz o tej? - wskazała na perłową bransoletkę.
- Będzie ci pasowała - delikatnie się do niej uśmiechnęłam odbiegając od tematu. - A Liam? Co z nim? - uniosłam wścibsko jedną brew ku górze.
- Ostatnio wyszliśmy razem do jednej z kawiarni w pobliżu. Było miło - zarumieniła się.
- Rozumiem, że romans kwitnie? - zaśmiałam się.
- Nie wiem. Chyba faktycznie coś z tego może wyjść... - przygryzła dolną wargę. - Już od tak dawna mi się podoba, ale on nawet łaskawie nie jest w stanie zwrócić na mnie uwagi...
- Przecież zwrócił - poprawiłam ją.
- Tak długo na to czekałam... Wręcz latami, a teraz zamiast się tym cieszyć, zadręczam się, że coś pójdzie nie tak, i że stracę to, co jest już na wyciągnięcie ręki - przetarła oczy.
- Ej, dziewczyno! Nie przejmuj się! Jeśli coś pójdzie nie tak, to najwidoczniej nie jest wam dane! - uścisnęłam jej dłoń. Pociągnęła nosem i zaczęła zabierać się za dalsze przygotowania.
Ostatnie poprawki pozwoliły już w pełni cieszyć się naszym wyglądem. Ja postawiłam na klasykę - mała czarna wyszywana cekinami i szpilki nude. By całości nadać charakteru, usta pomalowałam krwistoczerwoną pomadką, a na powiekach pociągnęłam czarne kreski eye-linerem. Stephanie wyglądała równie dobrze. Do krótkiej, różowej i dość wyzywającej sukienki bez ramiączek dobrała delikatny makijaż i czarne szpilki.
Punktualnie stawiłyśmy się pod klubem. Ostatni papieros przed wejściem i spokojnie mogłam zacząć imprezować. Chuchnęłam dymem w stronę blondynki, która od razu zakaszlała. Śmieszna reakcja...
Przedarłyśmy się przez tłum nastolatków, którzy byli już dobrze po kilku kieliszkach wódki. Same pojawiłyśmy się w lokalu po dwudziestej, więc nie dziwiłam się, że zastałyśmy tą dzicz w takim stanie.
Doszłyśmy do całej reszty, która już czekała na nas we wcześniej umówionym miejscu. Na widok Malika poczułam gęsią skórkę. Chłopak wyglądał zabójczo.
- Cześć piękna - podszedł do mnie łapiąc mnie za biodra. Nie mogąc się powstrzymać, przyssałam się do warg mulata. Skupiliśmy na sobie uwagę wszystkich znajomych, którzy po chwili zaczęli głośno skandować słynne "Gorzko, gorzko". Aby zaspokoić ich niedosyt, obdarzyłam Zayna słodkim całusem w usta. Wymieniłam kilka słów z całą resztą, ale na dłuższą konfrontacje nie można było nawet liczyć, bo Malik od razu wyciągnął mnie na parkiet. Tańczyliśmy do najsłynniejszych przebojów ostatnich miesięcy. Moje ruchy były coraz bardziej odważne. Zjeżdżałam swoim ciałem po klatce piersiowej i nogach chłopaka. Spragniona jego bliskości, wodziłam palcami przy jego rozporku. Wyraźnie mu się podobało i chyba właśnie dlatego, gdy Louis podszedł, by mnie "odbić", osłonił mnie sobą, bym go nie zostawiała. Przybliżyłam się do ucha Malika.
- Odbijany - wyszeptałam i dając się ponieść muzyce, zaczęłam tańczyć z Tomlinsonem. Chłopak starał się ze mną porozmawiać, ale głośna muzyka dudniąca w głośnikach, zdająca się z każdym jego słowem grać coraz głośniej, uniemożliwiała mi wszelką słyszalność.
Ssapani zeszliśmy z parkietu. Od razu sięgnęłam po szklankę z piwem, którą zobaczyłam jako pierwszą.
- Miałem zamiar to dokończyć - zaśmiał się Niall, któremu zabrałam napój. W odpowiedzi wytknęłam mu język.
- A gdzie Zayn? - wykrzyczałam.
- Kilka minut temu ktoś do niego zadzwonił i chwilę później stąd wybiegł - oznajmił Liam.
Szybkim krokiem udałam się w stronę wyjścia co dodatkowo utrudniały mi kilkunastocentymentrowe szpilki. Nic z tego, chłopaka nie było. Wróciłam do rówieśników i... I w sumie nie pamiętam co działo się dalej. Po którymś kieliszku z rzędu urwał mi się film...

Przeciągnęłam się leniwie w wygodnym łóżku i już po chwili poczułam charakterystyczny ból głowy i suchość w gardle. Stękając uniosłam ręce do góry i palcami zaczęłam rozmasowywać skronie. Przetarłam oczy z nadzieją, że przez to zyskam lepszą widoczność. Rozejrzałam się po pokoju, w którym znajdowałam się po raz pierwszy. Przejechałam dłońmi po białym prześcieradle, kiedy poczułam, że ktoś leży tuż obok mnie. Spięłam wargi i wzięłam kilka głębokich wdechów bojąc się odwrócić i zidentyfikować tę osobę. Przekręciłam głowę o dziewięćdziesiąt stopni i zamarłam. Ową osobą, okazał się być Harry. Leżał na plecach cały nagi. Jedynie jego klejnoty były przykryte cienką, letnią kołdrą. Obudził się chwilę po mnie. Jak skończona kretynka się na niego gapiłam.
- Harry? - wyszeptałam przerażona.
- Da... Daphne? - wyjąkał zaspany.
Przejechałam palcami po moim nagim ciele.
- O Boże... - schowałam twarz w dłonie zdając sobie sprawę z powagi sytuacji.
________________________________________________________
Przepraszam Was najmocniej za to, że rozdział dodaję dopiero po ośmiu dniach! Jednak, by się zrehabilitować, następny pojawi się szybciej, bo już pomysł na niego jest. A pomysł to podstawa :) I jak się podoba? Z całeeeego serca dziękuję za wszystkie komentarze, jesteście niezastąpione! Może się powtórzę, ale Wy piszecie, że płaczecie czytając moje opowiadanie... Ja płaczę czytając Wasze komentarze! Jestem Wam dozgonnie wdzięczna, że poświęcacie dla mnie chociaż odrobinę swojego czasu i mam nadzieję, że Was nie zawiodę. Kocham Was wszystkich!
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
ask.fm: http://ask.fm/AmeliaxoxoMTT
Pozdrawiam Was serdecznie i liczę, że pod tym rozdziałem pojawi się duża dawka mobilizacji, jaką obdarowujecie mnie Waszymi opiniami o moim opowiadaniu wyrażanymi w komentarzach. Jeżeli macie jakieś prośby, propozycje, wskazówki, czy pytania, piszcie! Ja przecież nie gryzę i chętnie z Wami popiszę :)

piątek, 11 maja 2012

Chapter eleven

http://www.youtube.com/watch?v=sxAcw1Nxffg

- Ja już chyba powinnam pójść. Nie będę wam przeszkadzała, do zobaczenia - dziewczyna poczochrała włosy Harrego. - Miło było cię poznać - uśmiechnęła się do mnie poklepując mnie po ramieniu. Nie zareagowałam. Kiedy już opuściła studio, zapanowała kompletna cisza. Podeszłam bliżej mulata.
- Serio? - wyszeptałam ze łzami w oczach stojąc na przeciwko Malika. 
- Daphne... To nie tak - chłopak starał się wybronić. 
- Dlaczego? - wymamrotałam przymykając oczy wypełnione łzami. 
- Błagam, Daphne... 
- Wybacz mi - powiedziałam nie mogąc przełknąć śliny. - Wybacz mi, że nie jestem wystarczająco dobra - moje serce zaczęło bić szybciej i mocniej. Wzięłam głęboki wdech, po czym spokojnym krokiem podeszłam do Louisa. - Ty też? Ty też wiedziałeś? - wymamrotałam żałośnie, po czym z całej siły przygryzłam zębami dolną wargę. Chłopak starał wydusić z siebie cokolwiek, ale w ostateczności rezygnował wydając jedynie ciche stękanie. Uśmiechnęłam się drwiąco i wyszłam nie patrząc się za siebie. 
- Poczekaj! - krzyknął Zayn. Nie odwróciłam się. Mulat wyprzedził mnie i zaczął iść przodem do mnie. - Czyli masz zamiar mnie ignorować? - odwróciłam wzrok. - Błagam cię, zachowujesz się jak dziecko... Porozmawiaj ze mną! - przyspieszyłam kroku. - Cholera, Daphne! Zatrzymaj się! - złapał mnie za barki wbijając z całych sił paznokcie w obojczyki. Syknęłam z bólu. - To nie jest moje dziecko, rozumiesz?! - zbił mnie z tropu.
- W takim razie czyje? - chłopak mną potrząsnął. 
- Nie wiem! Nie mam pojęcia, rozumiesz?! - zmarszczył brwi. - Gemma powtarza, że nie jest moje, że powinienem wszystko zacząć od początku, bez niej, że ojcem jest kto inny... - mówił drżącym, podłamanym głosem. Ominęłam go i ruszyłam dalej. - Zaczekaj - stanęłam. - Ja nie wiem czyje jest to dziecko, ale... - 
- Data się zgadza? - przerwałam wywód Malika. 
- Nie.
- Data się zgadza? - wysyczałam przez zęby ponawiając pytanie. 
- Nie wiem... 
Podeszłam do niego bliżej, by otrzeć strużki łez spływające po jego policzkach. 
- Chciałabym móc ci uwierzyć - spojrzałam mu głęboko w oczy. - Ale nie potrafię - przetarłam dłonią jego szorstki zarost. 
- Daphne... - wyszeptał.
- Zrozum, potrzebuję czasu... - ucałował łzę, która wolno spływała po moim rumieńcu. Oderwałam się od niego i odeszłam pozostawiając go samego na ruchliwej ulicy.


Założyłam kołdrę na głowę, by zagłuszyć w ten sposób natarczywy hałas docierający do moich uszu. Nie mogąc wytrzymać zgiełku, wstałam z łóżka i ze złością rzuciłam swoją komórką - której alarm punktualnie się włączył - o krwistoczerwoną ścianę. Spojrzałam na pokój, w którym porozrzucane były zużyte chusteczki. Bąknęłam coś pod nosem i wróciłam do łóżka. Po chwili alarm włączył się ponownie. 
- Boże, dlaczego ja?! - wydarłam się na cały głos, po czym wstałam i zaczęłam kopać we wszystko co popadło. Waliłam pięściami o biurko, porozrzucałam porozstawiane na nim przedmioty. - Pieprzony budzik! - osunęłam się na ziemię rozstawiając na boki zgięte w kolanach nogi. 
Ruszyłam swoje szanowne cztery litery dopiero wtedy, kiedy przypomniałam sobie o moim bracie, który najprawdopodobniej czekał na śniadanie. Zeszłam na dół odgarniając co chwila grzywkę, która złośliwie opadała mi na oczy. Nawet ona była przeciwko mnie...
Zobaczyłam chłopca odwróconego do mnie tyłem. Stał jak słup soli pośrodku kuchni.
- Jak się spało? - zapytałam łapiąc odruchowo za czajnik.
- Daphne... - kiedy na niego spojrzałam, zamarłam. Miał ręce całe umazane krwią, a jego zawsze promienna twarzyczka, nabrała białego koloru. 
- Tommy? - przelotnie zerknęłam na kuchenny blat. Leżał na nim mały nożyk, a obok niego opakowania po tabletkach. - Cholera! - krzyknęłam. - Tommy! Tommy, spokojnie - pospiesznie wzięłam pięciolatka na ręce, założyłam pierwsze lepsze buty i wybiegłam z domu. Taksówki o tej godzinie nie kursowały przy mojej ulicy, więc nie mając innego wyjścia, zaczęłam biec do najbliższego szpitala, trzymając malucha na rękach. 
- Spokojnie Tommy - powtarzałam przedzierając się przez samochody i ludzi spieszących się do pracy. Szukałam najkrótszej drogi na pogotowie. Spychałam przechodniów z drogi nie zważając nawet na ich wiek. Biały budynek, który ujrzałam sprawił, że automatycznie przyspieszyłam kroku. 
- Pomocy! - wbiegłam przez rozsuwane drzwi. Tommy stracił przytomność. - Cholera, pomóżcie mi! - po chwili pojawiła się przy mnie eskorta lekarzy i pielęgniarek, którzy kładąc go na nosze, zabrali na salę operacyjną.
Histerycznym głosem wytłumaczyłam ordynatorowi co się stało. Chodziłam po korytarzu w tę i nazad czekając na jakiekolwiek wieści. Jedna z pielęgniarek wielokrotnie namawiała mnie, bym wzięła leki na uspokojenie, jednak ja za każdym razem z coraz większym naciskiem na wypowiadane słowa, odmawiałam. 
Stałam pod metalowymi drzwiami błagając o cud. 
- Nie wiem, co zrobił ci ten mały chłopiec. Nie wiem, co zrobiłam ci ja. Wiem, że lubisz mną pogrywać, ale błagam, daruj sobie tym razem... - szeptałam w modlitwie wpatrując się w mosiężne klamki. 
Drżącymi palcami wystukałam krótką wiadomość do Malika prosząc, by przyjechał pod podany przeze mnie adres. Nie musiałam na niego długo czekać. 
Wparował do szpitala, po czym podbiegł do mnie i mocno uścisnął. Zaczęłam płakać czując jak z każdą uronioną łzą, tracę coraz więcej sił. 
- On tam leży, walczy o życie. Ja już nie daję rady - wyjąkałam. Zayn przytulił mnie do siebie z jeszcze większą siłą. 
- Damy radę. Razem zawsze damy... - przywarł swoje ciepłe dłonie do mojego drżącego ciała. 
Usłyszałam głośne trzaski respiratorów, krzyk lekarzy, a później nastąpiła cisza. Przełknęłam ślinę, po czym wzięłam głęboki wdech chcąc choć trochę spowolnić bicie serca. 
Przewieźli małego przez korytarz do mniejszej sali. Nawet nie zdążyłam go zobaczyć...
- Stan chłopca jest stabilny. Teraz czeka go płukanie żołądka - po słowach przełożonej, odetchnęłam. 
- Kiedy będę mogła się z nim zobaczyć? 
- W tym momencie nie ma nawet mowy o żadnych odwiedzinach - powiedziała ze wstrętnym grymasem na twarzy.
- Jak to?
- Tak to. Mały jest wycieńczony. Proszę udać się do domu i odpocząć. Zajmiemy się nim. 
- Dobrze, dziękuję - odpowiedziałam, kiedy kobieta ruszyła w stronę recepcji. 
Ponownie wtuliłam się w Zayna. 
- Dziękuję - otuliłam się jego cudownym, męskim zapachem. 
- Powinnaś iść odpocząć i przy okazji się przebrać - zaproponował. 
Zbadałam wzrokiem moją pidżamę, która składała się z czarnej bokserki i różowych, kusych spodenek. 
- A co? Nie podobam ci się? - uśmiechnęłam się łagodnie. 
- Jasne, że podobasz. Po prostu boję się, że zachorujesz - założył mi kosmyk włosów za ucho.
- A od kiedy ty taki troskliwy? - uniosłam jedną brew ku górze. 
- Od kiedy cię poznałem... - pocałował mnie w czoło. - To może skoczę po coś dla ciebie na przebranie? - zmienił temat. 
- Jeśli mógłbyś... Drzwi zostawiłam otwarte. U mnie na biurku powinny leżeć klucze.
- Jasne. Trzymaj się - puścił do mnie oczko i chwilę później wyszedł ze szpitala.
Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Mijały minuty, a ja z podkurczonymi kolanami popijałam kakao w plastikowym kubku z automatu. Wielokrotnie dzwoniłam do ojca, ale nie odbierał. Fakt, że w pobliżu leżał mój mały braciszek dobijał mnie jeszcze bardziej. Nie mogłam nawet go zobaczyć, a tym bardziej dotknąć. Nie mogłam zrobić tego, co może by mnie w pewien sposób umocniło. 
Obserwowałam starych, schorzałych ludzi na wózkach, które najczęściej prowadziły osoby z rodziny. Zdenerwowana siedziałam na niewygodnym krześle podpierając się na łokciach, kiedy podeszła do mnie młoda pielęgniarka. 
- Proszę już iść odpocząć - zaproponowała. 
- Proszę... Czy może mnie pani do niego wpuścić? - złożyłam dłonie w geście błagalnym.
- Przykro mi, ale to jest wbrew regulaminowi. 
- Błagam... - kobieta myślała przez chwilę, aż w końcu westchnęła, rozejrzała się wokoło i otworzyła przede mną drzwi. 
- Ma pani kilka minut. 
- Dziękuję - uśmiechnęłam się do niej serdecznie. 
Tommy leżał na łóżku podłączony do różnorakiej aparatury. Uklękłam przy nim łapiąc jego maleńką dłoń. Delikatnie głaskałam jego blady policzek. Siedziałam tam już od dłuższego czasu, kiedy chłopiec lekko otworzył znużone powieki.
- Tommy?! - uścisnęłam go trochę mocniej. 
- Daphne? - wyszeptał zmęczonym głosikiem. 
- Tommy! - zaczęłam płakać ze szczęścia. 
- Gdzie jesteśmy? - ledwo zrozumiałam co mówi przedszkolak. 
- W szpitalu, kochanie. Spokojnie... - ucałowałam go w rękę. 
- Wiesz co? Śniło mi... - zrobił długą pauzę nie mogąc nic z siebie wydusić. - Śniła mi się mamusia - kąciki jego ust minimalnie się uniosły. Po chwili odchrząknął i starał się mówić dalej. - I ona wyciągała do mnie rękę, ale ja nie mogłem jej dosięgnąć, chociaż tak bardzo chciałem - spojrzałam się na chłopca przełykając łzy. - Ona nas kocha, wiesz? Ona z nami jest i się nami opiekuje - poruszył palcami u dłoni.
- Mówiła coś jeszcze? - starałam się uspokoić mój nierówny, astmatyczny oddech. 
- Mówiła, że za nami tęskni, ale nie chce nas zabierać do siebie za wcześnie. Wiesz co to może znaczyć? - wymemrotał z trudem.
- Myślę, że to znaczy, że mamusia kocha nas z całego serduszka i chce dla nas jak najlepiej - ucałowałam chłopca w czoło, na które skapnęło kilka moich łez. 
- Ja też ją kocham - uśmiechnął się bardziej odważnie. - Czemu płaczesz? 
- Ze szczęścia Tommy, ze szczęścia.
- A gdzie tatuś? 
- Tatuś niedługo przyjdzie, nie martw się - uśmiechnęłam się patrząc na chłopca. Jego ociężałe powieki przysłoniły oczy. Spojrzałam się na jego bijące serce, po czym ucałowałam go i wyszłam z sali dotrzymując obietnicy danej pielęgniarce. Na korytarzu czekał już Zayn trzymając ubrania dla mnie na przebranie. Mocno wtuliłam się w jego tors. 
- I co? Dałaś radę. Mówiłem, że dasz...
- Daliśmy radę. Razem zawsze damy - jak mantrę powtórzyłam słowa Malika. 
________________________________________________________
Jedenasty, co o nim sądzicie?
Dziękuję za komentarze, jesteście kochani! Wielkie podziękowania dla moich kochanych i wiernych czytelniczek. Tych, które trzymają się w ukryciu oraz tych, które regularnie komentują, piszą do mnie i mnie wspierają. Oby tak dalej! 
Następny wkrótce! Pamiętajcie, że to komentarze mnie motywują, więc komentujcie! ;)
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
ask.fm: http://ask.fm/AmeliaxoxoMTT

Komentujcie&polecajcie&dodawajcie do obserwowanych, ale przede wszystkim czytajcie! ;)
Ps. Jestem niesamowicie wdzięczna Kate Styles za to, że miałam możliwość z nią współpracy, bo regularnie inspiruje mnie swoim opowiadaniem + Jeśli macie jakieś opowiadanie, prześlijcie mi je! Mam ostatnio nadmiar wolnego czasu i z chęcią je przeczytam i skomentuje :) + Wyjeżdżam na tydzień na Błękitną Szkołę, ale biorę tableta, także postaram się być z Wami w kontakcie.

sobota, 5 maja 2012

Chapter ten

Chłopak bawił się szlufkami od moich dżinsów, po czym zaczął wkładać ręce - palec po palcu - do spodni.
- Ej, ej! Przystopuj! - odepchnęłam chłopaka kolanami.
- Kiedy nie mogę - całował mój dekolt i ramiona.
- Zayn! - zaśmiałam się czując nieprzyjemne łaskotanie w okolicach kości biodrowych. - Zayn! - powtórzyłam tym razem bardziej stanowczo. Chłopak spojrzał się na mnie błagalnie. - Nie patrz się tak na mnie - czułam, że znowu zaczynam się mu opierać.
Podniosłam się z łóżka, by mu całkowicie nie ulec. On wykonał tę samą czynność, po czym przywierając mnie do ściany, włożył swoje rozpalone dłonie pod moją bluzkę na wysokość pępka. - Zayn... - wyszeptałam błagalnie.
- Cii... - przystawił swój palec wskazujący do moich ust, a następnie zaczął nim jeździć po lepkich wargach. Z każdym ruchem sprawiało mi to coraz większą przyjemność. Wpatrywałam się w jego iskierki w oczach. Wzrok mulata powodował coraz to szerszy uśmiech na mojej twarzy. Kiedy już miałam po raz kolejny zatopić usta w soczystych wargach chłopaka, do pokoju wszedł Tomlinson.
Momentalnie się od siebie odsunęliśmy. Ja zsunęłam bluzkę na biodra, a chłopak starł z policzka mój malinowy błyszczyk.
- Przepraszam... Nie wiedziałem, że przeszkadzam - zaczął oschle brunet analizując okoliczności jednoznaczej sytuacji. - Zaraz wyjeżdżamy... - dokończył zrezygnowany.
- To my zejdziemy na dół... - speszona spięłam wargi w wąską, poziomą linię.
- Dobra - Louis uśmiechnął się beznadziejnie. Z moich ust wydobyło się niesłyszalne "przepraszam". Chłopak wzruszył ramionami, po czym posłał mi pokrzepiający uśmiech. Wymieniłam się z Zaynem spojrzeniami, które pokazywały jak głupio nam się zrobiło, po czym narzuciłam na siebie koszulę w kratę, wzięłam reklamówkę od ciotki, do której już wcześniej spakowałam sukienkę, biżuterię i pantofle Stephanie i zeszłam do salonu.

Pożegnanie z rodziną standardowo zajęło mi kilkanaście minut i zanim opuściłam budynek zdążyłam sto razy powtórzyć jak bardzo będę za nimi tęskniła.
Jechałam z Louisem. Zayn natomiast wracał za nami prowadząc swoje porshe.
- To jak? Rozumiem, że droga przeminie w milczeniu? - wyrwałam chłopaka z przemyśleń.
- A o czym chciałabyś porozmawiać? - uśmiechnął się do mnie serdecznie, tak, jak gdyby nigdy nic.
- No nie wiem, może o tobie? - wypowiedziałam na głos pierwszą myśl, jaka przyszła mi do głowy.
- Serio? Nic lepszego nie wymyśliłaś? - zaśmiał się sam do siebie. Wyglądał całkiem przystojnie ściskając w jednej dłoni kierownicę, a drugą zaś wystukując rytm piosenki akurat granej w radiu. Zabawne, że chodzi sobie taki po świecie nawet nieświadom swojego uroku.
- Oj już, nie czepiaj się - szturchnęłam go lekko w lewą rękę, która tymczasowo nie wykonywała żadnej istotnej czynności i nie mogła przeszkodzić chłopakowi w prowadzeniu.
Droga minęła niepostrzeżenie. Usprawnił ją humor, który dopisywał Louisowi przez całe dwie godziny. Uśmiałam się jak nigdy, wręcz do bólu brzucha. Co akurat - no, bynajmniej w moim przypadku - było niespotykane.
W pewnym momencie Malik celowo zboczył z drogi. Uznaliśmy z brunetem, że zawracanie w tym przypadku nie miało najmniejszego nawet sensu, więc nie przerwaliśmy jazdy. Tomlinson odwiózł mnie pod dom, a następnie odprowadził pod drzwi.
- Mam pomysł... A może wpadłabyś dzisiaj na próbę naszego zespołu? - zaproponował.
- Właściwie, miałam inne plany - starałam się wymigać od spotkania, na które nie miałam najmniejszej ochoty.
- No proszę! Chyba jesteś mi coś winna? - uśmiechnął się chytrze.
- Czyżby szantaż? Jesteś wstrętny, wiesz? - trzepnęłam go otwartą dłonią w głowę.
- Wiem - wytknął mi język, po czym uchronił się przed kopniakiem, którego miałam zamiar złożyć mu na pośladkach. - W takim razie o osiemnastej bądź pod studiem muzycznym na Richmond Street. I pamiętaj, że trzymam cię za słowo! - puścił do mnie oczko.
Dobry humor mnie nie opuszczał, więc z uśmiechem wymalowanym na twarzy, weszłam do domu.
- Wróciłam - wydarłam się.
Po chwili zbiegł do mnie uradowany Tommy. Ucałowałam chłopca w policzki i mocno wyściskałam.
- No i co maluchu? Jak się czujesz? - wzięłam go na ręce unosząc kilka razy do góry.
- Nie zgadniesz, normalnie nie uwierzysz! - zaczął wykrzykiwać.
- Uwierzę, uwierzę - zaśmiałam się odstawiając pięciolatka na podłogę.
- No to popatrz! - zaklaskał pociesznie dłońmi.
Ukucnął przy schodach i wystawiając ręce przed siebie, zaczął cmokać małymi usteczkami.
- Shadow! Chodź tutaj! - na zawołanie chłopca, na dół sczłapał mały szczeniaczek.
Zaczął lizać Tommiego po twarzy, na co maluch zareagował śmiechem. Podbiegłam szybko do niego, by zainterweniować.
- Niedobry pies! - krzyknęłam osłaniając chłopca od wybuchającego temperamentem kundelka. - Skąd go wziąłeś? - zapytałam się pięciolatka odgarniając jednocześnie nogą czarnego potwora.
- Tatuś mi go kupił - wyjąkał przestraszony.
- O wilku mowa - powiedziałam sama do siebie widząc, że i mój ojciec zszedł.
- Jak się bawiłaś? - zapytał od tak.
- Co to ma znaczyć? Przecież jeszcze całkiem niedawno zarzekałeś się, że nigdy nie będziemy mieli psa i, że w domu niepotrzebna jest szczekająca kulka sierści - wymamrotałam.
- Nie cieszysz się? - zapytał zdziwiony.
- Właśnie Daphne, nie cieszysz się? - wyszeptał rozczarowany Tommy.
- To nie wy będziecie musieli z nim wychodzić na spacery, tylko ja. A ja nie mam na to najmniejszej ochoty, a tym bardziej czasu - burknęłam ze złością.
- Czyli się nie cieszysz? - maluch zrobił wielkie oczy, do których napłynęły łzy.
- No już dobrze, cieszę się - westchnęłam ciężko, a chwilę później uśmiechnęłam się do Tommego, by zatamować jego potok łez.
Zadowolony chłopczyk pobiegł do salonu, by móc bez przeszkód bawić się z psiakiem, natomiast ja - bez zbędnych czułości - wymieniłam kilka zdań z ojcem.
- Jak udało mu się ciebie namówić? - podniosłam jedną brew do góry śmiejąc się pod nosem.
- Pies sąsiadki urodził młode, więc pomyślałem "czemu nie?" - zalał wrzątkiem kawę. - Ile kostek dla ciebie? - zapytał wskazując na cukiernicę.
- Nie, ja dziękuję. Pójdę już do siebie - odparłam. - Tak przy okazji... Wychodzę o osiemnastej.
- O której wrócisz?
- Nie wiem. Tylko zaopiekuj się Tommym - powiedziałam z troską w głosie.
- Dam sobie radę.
Postawiłam nogę na pierwszy stopień schodów, kiedy głęboki głos taty nakazał mi się odwrócić w jego stronę.
- Tylko Daphne... - spojrzałam się na niego pytająco. - Uważaj na siebie - uśmiechnął się promiennie, a ja odpowiadając mu tym samym poszłam do swojego pokoju.
Włączyłam muzykę tak głośno, że spokojnie mogłaby przynieść za sobą grono rozwścieczonych sąsiadów z naprzeciwka.
Umyłam się. Włosy związałam w niechlujnego koka. Narzuciłam na siebie czarną bokserkę, krótkie, dżinsowe spodenki i niebieski sweterek, a na stopy założyłam czarne trampki marki converse.
Włożyłam do torby najpotrzebniejsze rzeczy codziennego użytku, wyłączyłam radio i wyszłam z domu.
Wolnym krokiem, ze słuchawkami w uszach przemierzałam rozświetlone jeszcze o tej porze światłem słonecznym londyńskie ulice.
Rozmyślałam nad relacjami pomiędzy mną, a Malikiem. Trwałam w zamęcie nie wiedząc co tak właściwie nas łączy. Wydarzenia z pobytu u ciotki spowodowały jeszcze większy mętlik w mojej głowie.
Weszłam do studia muzycznego, które mijałam podczas codziennej drogi do szkoły.
- Cześć - wypowiedziałam na wejściu nieśmiało się uśmiechając. Po chwili mina mi jednak zrzedła. Nie przywiązując większej uwagi do chłopców, którzy na mnie naskoczyli przypatrywałam się Zaynowi. Trzymał ucho przy ciężarnym brzuchu nieznanej mi dotąd dziewczyny. Gdy tylko spostrzegł, że przyszłam, szybko się od niej odsunął.
- Daphne, poznajcie się. To jest Gemma, moja siostra. To jest Daphne - przedstawił nas sobie Harry.
- Widziałam cię już na ślubie. Miałaś śliczną sukienkę - uśmiechnięta brunetka podała mi dłoń. Uścisnęłam ją automatycznie, jednak nie odpowiedziałam. Mój wzrok zatrzymał się na brzuchu dziewczyny, który namiętnie głaskała.
Przełknęłam głośno ślinę zaciskając z całej siły zęby. Robiąc wszystko co w mojej mocy, by się nie rozpłakać. Histeryczka ze mnie, nie ma co. Chociaż... Powód był uzasadniony. Właśnie patrzyłam na dziecko, które - jak już zdążyłam się domyśleć - należało do osoby, w której się chyba zakochałam...

___________________________________________________________________
Nudy, nudy, nudy. No, ale wybaczcie, nie mogę ciągle robić jakiś napięć i nieporozumień. Czasami muszę trochę Was zanudzić. Z resztą początek i końcówka nie są takie złe. Środek do bani, ale jakoś przeżyjecie ;)
DZIĘ-KU-JĘ z całego serca moim najukochańszym czytelniczkom, które na każdym kroku mnie wspierają i pomagają! Dziękuję za tak sporą ilość komentarzy i za to, że polecacie! Proszę o dodawanie mnie do obserwujących, komentowanie i polecanie oczywiście (standard). Kocham Was i to dzięki Wam zaszłam tak daleko! NO HALO! Mamy już dziesiąty. Słaby, ale jest.
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
Mam nadzieję, że pod tym rozdziałem dacie mi jeszcze większą motywację i komentarzy będzie jeszcze więcej niż pod poprzednim ;)
Pozdrawiam, ameliaxoxo

wtorek, 1 maja 2012

Chapter nine

http://www.youtube.com/watch?v=N9o64xyjGWA ♥

Moje ciało ogarnął paraliż. Poczułam silne ukłucie w klatce piersiowej. Ręce mimowolnie zaczęły drżeć, a bicie serca znacznie przyspieszyło.
- Odejdź, proszę - wyszeptałam, jednocześnie starając się uspokoić astmatyczny oddech. Chłopak ignorując prośbę, przysiadł się do mnie zachowując bezpieczną odległość. Wzięłam głęboki wdech ocierając dłonią o rękę, na której pojawiła się gęsia skórka. Jeździłam zębami po spierzchniętych wargach.
- Jest dość zimno, nie sądzisz? - bezczelny... Zamiast przejść do rzeczy, próbował mnie omamić tym swoim cholernie cudownym, głębokim głosem. Nie odpowiedziałam. Wstałam i nawet nie spojrzawszy się na niego, ruszyłam przed siebie. Malik jednak nie odpuszczał. Wbił swoje paznokcie w mój bark, by mnie zatrzymać. Nie mogąc się wyszarpać, rozluźniłam ramiona, by dać mu znak, że się poddaje. Odwróciłam się na jednej pięcie.
- Odejdź - byłam na tyle bezsilna, że mój głos tracąc swoją dotychczasową barwę stał się bardziej uległy, cichy i piskliwy.
- Nigdy nie kochałem Gemmy, zrozum - chwycił mój nadgarstek ściskając go coraz mocniej z każdym wypowiedzianym słowem.
- Zostaw mnie - warknęłam.
- Dephne! Nigdy bym ciebie nie wykorzystał! - zadrapał mnie swoimi paznokciami pozostawiając po nich czerwone ślady.
- Ty skurwielu... - z przerażeniem spojrzałam mu w oczy. - Upokorzyłeś mnie i wykorzystałeś. Potraktowałeś jak zabawkę i szmatę. Zaufałam ci! Zaufałam ci, draniu! - zaczęłam szarpać go za koszulę. - Przez ciebie? Przez ciebie czuję się jak wrak człowieka! Jak nic nie warta dziwka, rozumiesz?! Przez ciebie zapodziałam gdzieś swoją wartość! Ja już nie wiem kim jestem, rozumiesz?! Nienawidzę cię! - drżącym głosem starałam się potępić chłopaka. On jedynie ujął moją twarz trzymając ją na tyle mocno, abym nie dała rady się wyszarpać.
- Powtórz to. Powtórz to jeszcze raz patrząc mi prosto w oczy, a odejdę - po moich policzkach pociekły strużki łez. Obydwoje doskonale wiedzieliśmy, że nie dam rady tego zrobić. Spuściłam wzrok.
- Odejdź - ponagliłam rozkaz.
- Spójrz się na mnie i powtórz to jeszcze raz! Głośniej! - wszystko mówił z taką pasją i oddaniem, że nie umiałam się mu oprzeć. Co jest najzabawniejsze? Pożądałam go, pragnęłam poczuć smak jego ust, ale przecież musiałam zachować swoją cholerną dumę. Przecież to właśnie ona miała władzę nad moimi uczuciami, to ona nimi kierowała.
- Nienawidzę cię - powiedziałam ze złością przez zęby, tym razem patrząc mu prosto w oczy. Zadowolona z siebie spojrzałam na niego z wyższością.
- Na pewno? - wyszeptał żarliwie. Przyciągnął mnie do siebie sprawiając, że moje piersi rozpłaszczyły się na jego umięśnionym torsie. Jego ciepłe i wilgotne wargi były coraz bliżej moich. Uległam. Chłopak całował namiętniej niż wcześniej. Robił to świetnie. Moje łokcie próbowały stawić upór, jednak na marne. Malik otworzył usta szerzej, wsunął język penetrując nim sekretne zakamarki moich ust, a następnie wycofał go lekko i przygryzł koniuszek mojego języka.
- Na pewno - z każdym oddanym mi pocałunkiem traciłam wiarę w wypowiadane słowa. Chłopak ujął zębami moją dolną wargę, podczas gdy ja bawiłam się jego włosami. Oparłam się mu. - Proszę, zostaw mnie - odchyliłam głowę do tyłu, by móc rozkoszować się pocałunkami składanymi na szyi i dekolcie. Nie oszukujmy się, uzależniłam się od niego.
- A czego nienawidzisz najbardziej? - słowa przeplatał ze słodkimi całusami.
- Tego, że zawsze musisz udawać mądrzejszego - zaczęłam wymieniać. - Tego, że nie potrafisz przeżyć godziny bez poprawiania swoich włosów. Tego, że tak łatwo rozkochujesz mnie w swoich oczach. Tego, że jesteś zbyt pewny siebie i tego, jak bardzo jesteś przewrażliwiony na swoim punkcie. Jednak to nic w porównaniu do tego, czego nienawidzę najbardziej - zawiesiłam głos. Spojrzałam się spod grzywki na zaszklone oczy chłopaka. - Czego? - przyciągnęłam go bliżej siebie, by złożyć na jego ustach ostatni pocałunek. Subtelny, delikatny i pełen ciepła.
- Tego, że chyba ciebie kocham... - speszona spojrzałam się w dół. Malik uniósł moją brodę ku górze. Patrzyłam w jego oczy, które były równie mocno załzawione, co moje. Nie odpowiedział, więc ja również trwałam w milczeniu. Oczekiwałam na najmniejszą nawet reakcję. Nie zrobił nic. Zrezygnowana odepchnęłam go od siebie i odeszłam.
Z każdym krokiem szłam coraz szybciej. Zamykając cmentarną furtkę, zerknęłam jeszcze raz na Zayna. Usiadł na ławce chowając twarz w dłoniach. Najwyraźniej moje wyznanie musiało go zaskoczyć.
Nie zważając na okoliczności, zaczęłam biec. Ile sił w nogach, ile tchu w piersiach.
Jak burza wparowałam do domu, by rozliczyć się ze Louisem. Wbiegłam na pierwsze piętro z nadzieją, że spotkam tam chłopaka. Nie myliłam się.
- Jak mogłeś?! - przeszkodziłam mu w dotychczasowym zajęciu.
- O co chodzi? - z jego głosu emanowało opanowanie.
- On tutaj jest! Rozumiesz? Przyjechał tutaj, bo go na mnie nasłałeś! - uderzyłam go pięścią w twarz powodując nagłe ujście krwi z ust. Zgiął się, by uchronić się przed kolejnym ciosem. Chciałam uderzyć go jeszcze raz, jednak on zrobił unik.
Kiedy już cała złość ze mnie uszła, bezradnie osunęłam się na ziemię. - Zdradziłeś mnie... ty też... - wyszeptałam przez łzy.
- Daphne! Przysięgam, że nie wydałem ciebie! Przysięgam! - zaklinał się na Boga.
- On tu jest - spojrzałam się mu w oczy. Lou mnie objął delikatnie nas rozkołysując. Nie zważając na czerwoną ciecz, oparł swoją brodę o moją głowę powtarzając w kółko, że wszystko będzie w porządku.

Siedziałam w pokoju śledząc wzrokiem muchę przechadzającą się po suficie. Miewałam głupie myśli, gdybałam... Oczy już wyschły. Nie byłam w stanie uronić ani jednej łzy. Nie byłam w stanie niczego poczuć...
- Daphne, masz gościa - poinformowała mnie ciotka, która już wcześniej zauważyła moje przygnębienie. Nie chciała dochodzić do sedna, bo doskonale wiedziała, że jest ono dla mnie bardzo bolesne. Obie wiedziałyśmy...
Zignorowałam kobietę. - Daphne! - wykrzyczała inpulsywnie.
- Proszę - wzruszyłam ramionami, po czym podniosłam się do pozycji siedzącej. Do mojego pokoju wszedł Malik.
- Co tu robisz? - rozwarłam usta ze zdziwienia.
- Musimy coś sobie wyjaśnić - usiadł obok mnie.
- Myślałam, że już sobie wszystko wyjaśniliśmy - zaczęłam nerwowo jeździć językiem po dziąsłach.
- Daphne, nie zrozum mnie źle... Ja się po prostu boję - spojrzałam mu głęboko w oczy. Nie udawał. Mówił szczerze. Potrafiłam to wyczuć.
- Niby czego? - wydrwiłam go.
- Jeszcze nie rozumiesz?! Nie dostrzegasz tego?! W tym momencie jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Ba! W tym momencie, to ty jesteś moim światem! Boję się, że mnie potępisz... Nie jestem tym, kim myślisz. Nie umiem żyć bez ciebie, ale będąc przy mnie jesteś narażona na niebezpieczeństwo, a ja nie pozwolę żeby ktokolwiek, kiedykolwiek cię zranił, rozumiesz?! Nie mogę cię stracić! Nie mogę żyć ze świadomością, że przeze mnie może stać ci się coś złego! Jeśli mam wybierać pomiędzy byciem z tobą i jednocześnie narażaniem cię na próbę, a odejściem i świadomością tego, że jesteś bezpieczna. Wybiorę to drugie! Ja cię ko... - przerwałam mu pocałunkiem. Delikatnie pieściłam jego wargi w rytm bicia naszych serc.
- Też cię kocham - wyszeptałam.
- Ale przecież...
- Jest ryzyko, jest zabawa - uśmiechnęłam się zadziornie, na co chłopak również się zaśmiał. Popchnęłam go na łóżko całując z większą pasją i namiętnością, niż kiedykolwiek.
Nie myślałam o żadnych konsekwencjach naszych czynów. Już nie zadawałam więcej pytań. Nie obchodziło mnie to, skąd się tutaj znalazł, na jakie "niebezpieczeństwo" naraża mnie swoją osobą. Miałam gdzieś to, że nie skontaktowałam się z ojcem i, że Louis będąc za ścianą, martwi się o mnie. Wydarzenia z wesela? Nie miały dla mnie większego znaczenia.

Podobno zakochany człowiek nie myśli racjonalnie. Jestem na to czystym dowodem...

_____________________________________________________________
I jak? Podoba się? Kurde, ale mi dzisiaj pomysłów naprzychodziło do głowy na kolejne rozdziały... Będzie ciekawie, obiecuję!
Z resztą, mam nadzieję, że sami zobaczycie (przeczytacie).
Dziękuję za 27 komentarzy pod ostatnim rozdziałem, jednak muszę przyznać, że wyczuwam mały spamik. No, ale nieważne. Ważne jest to, że tak bardzo zależy Wam na kolejnym. Kocham Was, dziękuję z całego serca za Wasze komentarze, wsparcie i pomoc i będę to podkreślała na każdym kroku, bo to dzięki Wam mamy już 9 rozdział (no, bynajmniej dla mnie "już"). Kiedy będzie wystarczająco dużo komentarzy, dodam następny. Wystarczająco? Nie napiszę ile to dla mnie. W każdym razie liczę na to, że pod tym rozdziałem będzie ich więcej niż pod poprzednim, no ale to tylko takie moje małe, skromne marzenie :)
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
gg: 33348455
Piszcie do mnie, bo bardzo chciałabym nawiązać kontakt z moimi czytelnikami :) + Gorąco proszę o dodawanie mnie do obserwowanych, komentowanie i POLECANIE.
Pozdrawiam, ameliaxoxo

piątek, 27 kwietnia 2012

Chapter eight

http://www.youtube.com/watch?v=COqx-TCxrSk

Dusiłam się własnymi łzami przeklinając los, a przede wszystkim własną głupotę. Trwałam w lamencie już długi czas, kiedy nagle usłyszałam odgłos nadchodzących kroków. Dźwięk ten ucichł, gdy osoba, która go wydawała stanęła tuż przede mną.
Chłopak - jak domyśliłam się po specyficznym stukocie twardego, niskiego obcasa - przykucnął tuż obok mnie obejmując jednym ramieniem moje barki. Chciałam go odepchnąć, ale zwyczajnie nie potrafiłam. Jakaś wewnętrzna blokada nie pozwalała mi w żaden sposób zareagować. Może właśnie w tym momencie potrzebowałam pomocy? Kiedy już byłam w stanie cokolwiek z siebie wydusić, a łzy nie rozmazywały widoku przede mną, skierowałam swoją głowę w lewą stronę.
- Zabierz mnie stąd, proszę - tylko tyle byłam w stanie wypowiedzieć do Louisa, który posłusznie wysłuchał mojej prośby.
- Cii... Proszę, nie płacz - chłopak starał się mnie uspokoić ochraniając jednocześnie swoją marynarką od ulewy.
Zaprowadził mnie do auta i odjechał. Nie pytał się gdzie ma mnie zawieść, nie próbował nic tłumaczyć, ani wyjaśniać. Najzwyczajniej w świecie przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył.
Po czasie łzy ustąpiły, a ja przestałam się dygotać. Wpatrywałam się w równy ruch wycieraczek ocierających krople deszczu z samochodowych szyb.
- Dokąd? - zapytał krótko.
- Brighton, Herdsman 12 - wyszeptałam. - Po co to robisz?
- Chcę pomóc.
- Po co?
- Nie wiem, odruch - uśmiechnął się do mnie. Byłam niewzruszona, nie odpowiedziałam. - Gdzie będziesz spała? - włączył radio na pierwszej, lepszej stacji.
- U ciotki - ściszyłam piosenkę, która zaczęła działać mi na nerwy. On jednak na przekór, znowu podgłośnił, a ja po raz kolejny ściszyłam. Przekomarzaliśmy się tak przez kilka minut, aż chłopak swoim zachowaniem doprowadził mnie do śmiechu.
- Nie płacz więcej, nie warto - spojrzał się na mnie jednocześnie jednym okiem zerkając na drogę, na której o tej godzinie nie było samochodów. - Masz taki piękny uśmiech. Powinnaś go pokazywać częściej - jego głos dodawał mi otuchy. - Dziękuję - kąciki moich ust delikatnie się uniosły. Gdy w aucie zapanowała już cisza, usnęłam z wyczerpania.


Delikatnie rozwarłam powieki analizując wydarzenia jakie miały miejsce w nocy. Leżałam w łóżku mojego ojca z poprzedniego domu. Od kłótni mojego taty z siostrą, nie byłam tutaj ani razu. Śmierć mamy powodowała ciągłe konflikty, więc w końcu zdecydowaliśmy, że się wyprowadzimy.
Ubrana byłam w sukienkę z wesela, która powodowała w nocy straszną niewygodę.
Wstałam przeciągając się ociężale. Zajrzałam do szuflad, w których znalazłam jedynie jakąś szeroką koszulę i czarną bokserkę.
Weszłam do łazienki, by się odświeżyć. Szczerze? Wtedy nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia to, jak wyglądam, jednak nie chcąc wzbudzać żadnych podejrzeń u krewnych, postanowiłam, że doprowadzę się do porządku.
Niechętnie nałożyłam wcześniej znalezione ubrania, uczesałam włosy w koka, a nie mogąc znaleźć żadnych pasujących na mnie spodni, zostałam w czarnych figach.
Zeszłam do kuchni, gdzie przy garnkach panoszyła się moja ciotka.
- Dzień dobry - ze skrępowania zaczęłam gnieść w dłoniach za długie rękawy flanelowej koszuli. Bałam się jej reakcji po tak długim czasie mojej nieobecności.
- Dzień dobry kochanie! Już wstałaś? No chodź tu do mnie! - mimo wszelkim oczekiwaniom, kobieta przyjęła mnie z taką samą troskliwością i miłością jak zawsze. - Co byś zjadła na śniadanie? Jak ty wychudłaś, dziewczyno! - ciotka poklepała mnie po płaskim brzuchu.
- Nie przesadzaj - uśmiechnęłam się do niej w przerwie od obgryzania paznokci.
- Jak zjesz porządną jajecznicę, to od razu ci przybędzie! - zabrała się za przygotowywanie posiłku.
Kochana ciotka Dorothy... Od kiedy pamiętam, zastępowała mi babcię, dziadka, najlepszą przyjaciółkę i na dodatek mamę. Jest starsza od mojego taty o dwanaście lat. W grudniu skończy już sześćdziesiątkę. Jak na swój wiek, świetnie sobie radzi. Ma doskonale prosperujące gospodarstwo, co umiejętnie łączy z wychowywaniem trójki wnuków razem z mężem.
- A gdzie cała reszta? - zapytałam podpierając się dłonią o blat stołu.
- Kochanie, jest już trzynasta, więc wszyscy są w kościele. Zostałam specjalnie po to, żeby zrobić wam coś do jedzenia. Pewnie jesteście zmęczeni - kobieta zmierzwiła moje włosy spryskane nadmierną ilością lakieru.
- Chwila... Jak to "nam"? - zmarszczyłam brwi.
- Twój... - ciotka znacząco odchrząknęła - kolega -
- Tak, kolega. Tylko kolega, ciociu - zaśmiałam się.
- No dobrze, nieważne. W każdym razie Louis został na noc i teraz najprawdopodobniej jeszcze śpi w twoim pokoju - z kobiety aż promieniowało zadowolenie z samej siebie.
- Jak to?! - zakrztusiłam się własną śliną.
- Wczoraj zasnęłaś u niego w samochodzie, więc przyniósł cię tutaj, a że był cały przemoknięty i zmęczony, zaproponowałam mu nocleg.
- Tak po prostu?! - zamurowało mnie.
- Skądże! Najpierw z nim porozmawiałam! To porządny chłopak - kobieta przełożyła jajka z patelni na talerz. Mówiła opanowanym i spokojnym głosem, który z natury mnie rozdrażniał.
Po chwili z góry zszedł Louis. Miał na sobie rozpiętą do połowy, białą koszulę, czarne spodnie z podwiniętymi nogawkami i rozczochrane włosy.
- Dzień dobry - powiedział wesoło. Zbadałam go wzrokiem, po czym wróciłam do bawienia się jedzeniem. Ugniatałam widelcem jajka, nadając im zabawne kształty. Louis wdał się w rozmowę z moją ciotką, podczas gdy ja próbowałam coś w siebie wmusić.
- Daphne! Przestań się już babrać i zachowuj się jak należy! - kobieta starała się przywrócić mnie do porządku.
- Wybacz, straciłam apetyt - podniosłam się z krzesła dziękując za przyrządzony posiłek. Spojrzałam się po sobie. Przypomniało mi się, że jestem w samej bieliźnie, więc zawstydzona szybko udałam się na górę. Nie powiem, chłopak miał całkiem niezły widok. Zwłaszcza, że majtki były za małe i solidnie mi się wżynały.
Znając życie, Dorothy wywróciła jeszcze kilka razy oczami wołając mnie, żebym natychmiast wróciła i dokończyła śniadanie, ale nie przywiązałam do tego większej uwagi.
Zatrzymałam się na górnym, wąskim korytarzu chcąc obejrzeć zdjęcia porozwieszane na ścianach. Stanęłam przy jednym, które szczególnie przykuło moją uwagę. Mój tata obejmował moją mamę trzymającą mnie na kolanach.
- To twoi rodzice? - Tomlinson niespodziewanie zaszedł mnie od tyłu.
- Tak - uśmiechnęłam się sama do siebie patrząc na starą, oszkloną fotografię.
- Masz piękną mamę.
- Zgadza się, była piękna.
- Przepraszam, nie wiedziałem... - chłopak się speszył.
- W takim razie, teraz już wiesz - wodziłam palcami po krawędziach sosnowej ramki. - Pamiętam jej wygląd, uśmiech, kolor oczu i ubrania, ale wiesz co mi nie utkwiło w pamięci? Jej głos. Nie mam żadnych nagrań, taśm czy kaset. Tak bardzo chciałabym ponownie ją usłyszeć - zwróciłam się w stronę chłopaka. - Przepraszam, czy mógłbyś... - zawiesiłam głos.
- Mógłbym co?
- Odejść - wyszeptałam robiąc przepraszalną minę. Wtedy chciałam po prostu chciałam zostać sama.
- Jasne, ale odezwij się później - chłopak nie robiąc mi żadnych wyrzutów czy zażaleń, wrócił na dół, by dokończyć śniadanie.
W czasie przeglądania zdjęć przypomniałam sobie co mam jeszcze do zrobienia, więc szybko ubrałam spodnie i wyszłam z domu tylnym wejściem.

Kroczyłam po wydeptanej ścieżce. Płachty złotych pól rozprzestrzeniały się w zasięgu mojego wzroku. Jaskrawy pejzaż topił się w letnim słońcu. Brudna woda z kałuż powoli parowała. Z daleka było już widać ogrom grafitowych nagrobków.
Weszłam przez stalową furtkę na miejsce błogiego spoczynku. Zerkałam na groby tych, których znałam, kojarzyłam lub tych, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Wodziłam wzrokiem po obcojęzycznych, zatartych przez czas tabliczkach. Upajałam się zapachem chryzantem i świeczek.
- Cześć, dawno się nie widziałyśmy - wyszeptałam czując panującą na cmentarzu nostalgiczną atmosferę. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że tęsknię - usiadłam na ławeczkę stojącą tuż obok. Mimo upływu czasu, grób był zadbany. Widocznie ciotka zrobiła już swoje... - Tęsknię, wiesz? Tak bardzo chciałabym, żebyś tutaj była - każde kolejne słowo sprawiało mi coraz większy ból. - To chyba jakaś paranoja. Przecież ty pewnie mnie nawet nie słyszysz. Twojej córeczce chyba powoli zaczyna odbijać - zaśmiałam się nerwowo. Starałam się nie spieszyć. Słowa wypowiadałam wolno i przemyślanie. - Chciałabym cię móc usłyszeć, dotknąć, albo chociaż zobaczyć. Myślisz, że jeden, zwykły list ma zastąpić twoją obecność przy mnie? Teraz pewnie jak patrzysz tam na mnie z góry - o ile w ogóle patrzysz - śmiejesz się - czułam coraz większe wzburzenie, aż coś we mnie pękło. - Cholera! Ja na prawdę ciebie potrzebuję, nie widzisz? Traktujesz mnie tak, jakbym cię nie obchodziła. Nie możesz czegoś zrobić? Czegokolwiek?! Słyszysz mnie?! - w ataku furii zaczęłam kopać grób matki. Kiedy cała złość przeminęła, nastąpił żal, smutek i zwątpienie. - Mamusiu, ja tak bardzo cię potrzebuję... - schowałam twarz w dłonie czując, jak z każdym słowem upokarzam się coraz bardziej. - Mamusiu, odezwij się, proszę... - znowu zaczęłam płakać. Drżącą ręką jeździłam po wyrytych w kamieniu inicjałach. Wsłuchiwałam się w szelest liści i stłumione rozmowy ludzi z ich bliskimi. - Tak bardzo cię kocham, tak bardzo - pragnęłam uwierzyć w to, że ona mnie słyszy, ale nie potrafiłam...
Wypowiadałam wszystkie moje tajemnice, żale, sekrety i smutki jedynej osobie, której mogłam je powierzyć. Osobie, której nie było...
Wraz z delikatnym podmuchem wiatru, poczułam dotyk dłoni na swoim ramieniu. Drgnęłam z przestraszenia, po czym wpuściłam do nosa woń, która zaczęła mnie oblegać. Była ona tak charakterystyczna i intensywna , że nie musząc się odwracać wiedziałam, kto za mną stoi. Zlękłam się.
- Zayn?- wyszeptałam nie oczekując w zamian żadnej odpowiedzi.
______________________________________________________________
I jak się podoba? Chyba ujdzie w tłumie, co? :)
Dziękuję za komentarze mocno, mocno, mocno! Serio, jestem na prawdę podekscytowana faktem, że piszę dla coraz większej liczby czytelników. Kiedy kolejny rozdział? To zależy już od Was! KOMENTARZE, KOMENTARZE! To one decydują o tym, jaki będzie następny rozdział i kiedy się pojawi.
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
Pod te adresy proszę kierować ewentualne pytania, prośby lub wskazówki, a jeśli chcecie zwyczajnie popisać lub poznać mnie bliżej, to możecie pisać:
GG: 33348455
Pozdrawiam i jeszcze raz serdecznie dziękuję za tak liczne odwiedzanie mojego bloga i tak sporą ilość komentarzy. Mam nadzieję, że pod tym rozdziałem będzie ich jeszcze więcej.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Chapter seven

http://www.youtube.com/watch?v=EdBym7kv2IM

- Nie mamy o czym gadać - odpowiedziałam półgębkiem.
- Proszę, daj mi dwie minuty, to ważne - nalegał Lokowany.
- Streszczaj się - chłopak nawet nie zdążył zacząć, ponieważ przeszkodził mu Zayn, który nagle wkroczył pomiędzy nas.
- Zatańczysz? - wyszeptał mi do ucha.
- Jasne - siła wyższa nie pozwoliła mi się nie zgodzić.
Malik zaprowadził mnie na parkiet, po czym przyciągnął mnie do siebie łapiąc za biodra. Zaczął błądzić opuszkami palców po moich plecach. Robił to z takim wyczuciem, że przez moje ciało nieustannie przechodziły dreszcze. Wpatrywałam się w jego zawadiacki, śnieżnobiały uśmiech. Rozpływałam się w jego spojrzeniu.
Oślepiający blask reflektorów podkreślał jego nienaganne rysy twarzy.
- Jesteś taka piękna - wędrował palcami po moich włosach, nabrzmiałych wargach i delikatnej skórze szyi.
Przyłożył swoje czoło do mojego, zmniejszając tym samym dystans między nami. Balansowaliśmy do spokojnego rytmu jednej z najpiękniejszych ballad. - Czemu zachowujesz się tak, jakbyś nikogo nie potrzebowała? - jego ciepły oddech otulił moją twarz.
- Potrzebuję kogoś, tylko pragnienie samotności bywa czasami silniejsze... - spojrzałam w jego oczy. Owładnął mnie lęk jego bliskości. Wiedziałam, że chłopak staje się dla mnie kimś niebezpiecznie ważnym. Mimo wszystko, nie odeszłam. Brnęłam w to dalej.
Zrobił zdecydowany krok, musnął moje wargi raz, drugi... Usta zaczęły mocniej się do siebie przyciskać i po chwili nieśmiały pocałunek stał się bardziej namiętny i pożądliwy.
- A to? To też jest w ramach tej całej, pieprzonej gry? - zapytałam odrywając się od mulata. W odpowiedzi kolejny raz złożył pocałunek na moich ustach.
Mięłam w dłoniach koszulę przylegającą do jego torsu. Czułam go, czułam jego bliskość.
Skończyliśmy, gdy muzyka ucichła.
- Nie, nie jest - słowa przeplatał ze słodkimi pocałunkami. Przygryzając wargi gładziłam jego zarost. - Chodź, chcę ci coś pokazać - ujął moją dłoń i pociągnął w stronę wyjścia. Jego krok stawał się coraz szybszy, a po chwili przerodził się w bieg.
- Cholera, Zayn! Nie tak szybko! - krzyknęłam do chłopaka, ale ten się nie zatrzymał. Wyrwałam nadgarstek z jego silnego uścisku, a następnie z impetem ściągnęłam buty.
Moje pięty były całe zakrwawione od za małych butów, które porządnie mnie poobcierały.
Malik nie przywiązując do tego większej uwagi, wziął mnie na ręce. - Idioto! Czy ty postradałeś zmysły?! Puszczaj mnie! - krzyczałam wymachując nogami na wszystkie strony. Wystarczył jeden uśmiech, abym ucichła - wiedziałam, że jestem bezpieczna.
Gdy byliśmy już u celu, opuścił mnie na ziemię. - O Boże, jak tu pięknie - wyjąkałam zachwycona.
Staliśmy na ślicznej altance umieszczonej na plaży. Widok stamtąd był oszałamiający.
Tajemnicza aura mroku przerażała realistycznym chłodem. Łagodna bryza wiejąca z południa odgarniała moje nieznośne włosy z twarzy. Miliardy gwiazd na niebie wraz z księżycem odbijały się w atramentowej wodzie.
Chłopak usiadł na podeście wkładając stopy w zimny piasek. Przysiadłam się podkurczając nogi do klatki piersiowej. W milczeniu podziwialiśmy rozciągający się przed nami krajobraz.
- Całkiem niedawno przeprowadziłem się do Londynu, do babci. Wcześniej mieszkałem po drugiej stronie tego jeziora - wskazał palcem na małe domki jednorodzinne, zakłócając jednocześnie otaczającą nas ciszę.
- Czemu? - spojrzałam się na chłopaka.
- Nigdy nie poznałem swojej matki. A ojciec? Popadł w długi, nałogi... Zawsze, kiedy wracał do domu, uciekałem właśnie tutaj - jego grdyka gwałtownie się poruszyła. Po długim odstępie czasowym zaczął mówić dalej. - Tamtej nocy wrócił później niż zwykle. Gdy tylko zobaczyłem starego mercedesa podjeżdżającego pod dom, uciekłem. Nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy - zerknęłam na Malika. Tępo wpatrywał się przed siebie, po czym zaśmiał się ironicznie. - Najdziwniejsze jest to, że kiedy wróciłem zastając go leżącego na ziemi, poczułem ulgę - chłopakowi po policzkach zaczęły spływać pojedyncze łzy, ale mimo to, wszystko wypowiadał z taką samą obojętnością. - Przedawkował - dokończył ledwo słyszalnie.
- Dlaczego mówisz to właśnie mi? Przecież zdradzić cię mogą tylko ci, którym zaufasz...
- Ufam ci Daphne - położył swoją dłoń na mojej. - W tobie coś jest... - spojrzał się na mnie wymuszając delikatny uśmiech. Położyłam się na jego kolanach podziwiając piękno nocy. Przykrył mnie swoją marynarką pieszcząc przy tym moje delikatne włosy. Nie robiliśmy nic, ale to mnie w zupełności zaspokajało.
- Chyba czas się zbierać, nie sądzisz? - wyszeptał widząc, że moje powieki stają się coraz cięższe.
Podał mi dłoń pomagając wstać. Wracając szłam boso po krawężniku, a Malik trzymając w jednej dłoni moje baleriny - asekurował mnie.
Od razu po wejściu na gwarną salę, udaliśmy się do grona równieśników
- No, nasze gołąbki w końcu się pojawiły - powiedział Louis, gdy tylko nas zobaczył.
- Daphne! Gdzie ty masz buty?! Przecież zachorujesz! Poczekaj... - Stephanie wyciągnęła z reklamówki parę szpilek. - Trzymaj, wzięłam na przebranie - podała mi śliczne, beżowe pantofle.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się do niej. Buty leżały jak ulał. - Tak właściwie... Jest może gdzieś tu w pobliżu sklep całodobowy? - zapytałam z uporczywą myślą o braku papierosa pod ręką.
- Jest, ale to kawałek drogi stąd - uświadomił mi Liam.
- To może ktoś zabrałby się ze mną? - zapytałam z nadzieją, że nie będzie mi dane błądzić po omacku.
- Odbiło tobie dziewczyno? Życie ci niemiłe? - zapytał Niall.
- W takim razie rozumiem, że idę sama? - zlekceważyłam uwagę Blondyna.
- Ja pójdę - na ochotnika zgłosił się Payne.
- Miło - uśmiechnęłam się do chłopaka, po czym wzięłam z oparcia krzesła dwie kurtki przeciwdeszczowe.

- Nie wiedziałem, że palisz - brunet zwrócił się w moją stronę. Zaciągnęłam się dymem chuchając nim chłopakowi prosto w twarz.
- Chcesz może? - wyciągnęłam w jego kierunku paczkę szlugów.
- Nie, dzięki - odmówił. - Tak bardzo się cieszę, że Zayn już się pozbierał - powiedział, kiedy staliśmy kilka metrów od lokalu.
- Nie rozumiem.
- Nie mówił ci? Przecież jeszcze całkiem niedawno był na zabój zakochany w Gemmie - siostrze Harrego. Jednak ta dała mu kosza. Długo nie mógł się pozbierać i mimo wszystko, cały czas starał się walczyć o jej względy. Nie miało go tutaj być ze względu na nią, ale czas chyba faktycznie potrafi leczyć rany, nawet te największe - Liam z uśmiechem potarł dłonią o moje ramię. Powoli wszystko zaczęło do mnie docierać. Analizowałam w głowie każdą dotychczasową rozmowę, zachowanie Harrego i Zayna... Wszystko mówiło samo za siebie.
Przymknęłam oczy, do których zaczęły napływać łzy rozmazujące jednocześnie mój precyzyjny makijaż. Spojrzałam się przed siebie. Przez drzwi obrotowe wyszedł Malik razem z Louisem. Podbiegłam do nich krztusząc się własnymi łzami.
- Ty draniu! Jak mogłeś!? - zaczęłam szarpać chłopaka za koszulę. Ten złapał mnie za ręce unieruchamiając je. - Jesteś zwykłym łgarzem! Dlaczego?! Dlaczego mi nie powiedziałeś, że przyszłam tutaj tylko po to, żeby wzbudzić zazdrość u jakiejś szmaty?! - krzyczałam czując ucisk w gardle.
On mną potrząsnął, bym się uspokoiła. Wzięłam głęboki wdech, by ponownie zaatakować, jednak zwyczajnie nie potrafiłam. Spoliczkowałam go i uciekłam. Biegłam z nadzieją, że on ruszy za mną, że będzie chciał cokolwiek wyjaśnić, zaprzeczyć... Nie zrobił tego.
Gdy oddaliłam się już wystarczająco, zsunęłam się na ziemię, spuściłam głowę w dół i przymrużyłam oczy z nadzieją, że gdy się obudzę, znajdę się w innej rzeczywistości.

Właśnie wtedy, w tę letnią, ponurą noc, siedząc przy świetle ulicznych lamp, dławiąc się gorzkimi łzami, nie przejmując się brudną sukienką i rozmazanym makijażem, zrozumiałam, że znowu się zakochałam. Zakochałam się w draniu, oszuście i sukinsynie.
___________________________________________________________
Krótko, zwięźle i na temat : ) Co do któregoś z poprzednich komentarzy:
Nie mogę pisać dłuższych rozdziałów, ponieważ nie chcę przynudzać i chcę dodawać regularnie. Co Wam po tym, że rozdział będzie długi skoro dodany raz na dwa tygodnie? Chyba, że wolicie taką opcję :)
Mam nadzieję, że się podoba. Wydaje mi się, że nie jest źle, jednak ocenę pozostawiam Wam.
Dziękuję za wsparcie jakie mi okazujecie, ale błagam, BŁAGAM! Polecajcie i komentujcie! Oczywiście cenię sobie moich dotychczasowych czytelników i kocham Was! Ale zwyczajnie walczę o jak największe grono :) Może opowiadanie jest kiepskie i to dalego czytają je nieliczni? Kiedy pojawi się następny? To zależy od Was!
Kontakt:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
Pozdrawiam, ameliaxoxo

piątek, 20 kwietnia 2012

Chapter six

- Cholera jasna! - wykrzyczałam widząc na zegarku godzinę dwunastą. - Pieprzony budzik - w amoku rzuciłam małym, elektrycznym urządzeniem o komodę. Powinnam wstać godzinę temu, jednak najwyraźniej kolejny raz nie usłyszałam alarmu.
Narzuciłam na siebie szlafrok i w pośpiechu udałam się do kuchni. Przygotowałam sobie szybkie śniadanie, które popiłam sokiem pomarańczowym, a następnie zrobiłam krótki obchód po domu, by sprawdzić, czy wszyscy domownicy są obecni. Tommy jeszcze spał, podczas gdy mój ojciec czytał książkę na tarasie.
Wystarczyła niespełna godzina, abym zdążyła zrobić pełny makijaż i fryzurę. Na policzki nałożyłam trochę różu, usta musnęłam malinowym błyszczykiem, spojrzenie podkręciłam zalotką, rzęsy zabarwiłam czarną maskarą, oczy rozświetliłam korektorem, a na powiekach namalowałam czarne kreski. Z natury byłam krużowata, więc aby nieco urozmaicić mój wygląd zdecydowałam się, że wyprostuję włosy. Założyłam sukienkę mamy, a do niej dobrałam swoje zeszłoroczne baleriny.
Przed wyjściem spojrzałam ostatni raz w lustro oprawione lipową ramą, by wykonać ewentualne poprawki. Wyglądałam całkiem dobrze. Moje bursztynowe włosy łagodnie opadały na plecy, uśmiech dodawał mi uroku, a błękitne oczy wydawały się być jeszcze jaśniejsze niż zwykle.
Weszłam do pokoju taty, by poinformować go o stanie rzeczy.
- Będę rano - oznajmiłam.
- Uważaj na siebie - mężczyzna posłał mi uśmiech, który odwzajemniłam. Pierwszy, szczery uśmiech, od tak dawna...

Delikatnie rozchyliłam drzwi. Przede mną stał chłopak ubrany w czarny garnitur, spod którego wystawała krwistoczerwona koszula z dwoma, zadziornie rozpiętymi guzikami.
- To dla mnie? - zapytałam widząc, że Zayn trzyma w dłoni bukiet białych stokrotek.
- Miałem ci je dać, ale chyba zrezygnuję... - odparł zciszając głos.
- Coś jest nie tak?
- Nie, po prostu... Przy tobie wypadają dość słabo - zaśmiałam się.
- Kotku, to twoje teksty wypadają dość słabo - pocałowałam Malika w policzek wczuwając się w daną mi rolę.
Mulat objął mnie w pasie, po czym ruszyliśmy do parku centralnego miasta.
Przechodziliśmy obok fontanny, kiedy chłopak nagle się zatrzymał.
- Tylko pamiętaj, postaraj się być dość przekonywująca - złapał mnie za rękę, splatając swoje palce z moimi. - Pod kawiarnią czekają już na nas moi przyjaciele. Nie przejmuj się nimi - uśmiechnął się pokrzepiająco.
Już z oddali Zayn zaczął wymachiwać ręką i po chwili naskoczyła na nas piątka chłopców z dziewczyną u boku. Przyjrzałam się im bliżej i oniemiałam.
- Ja przecież was znam! - wytrzeszczyłam oczy widząc przed sobą Nialla, Stephanie i Harrego.
Blondyni zaczęli się śmiać, a ja zrobiłam niezrozumiałą minę. Hazza z Zaynem wymienili się spojrzeniami.
- My robiliśmy razem projekt! - wyjaśniła reszcie dziewczyna.
- Jaki ten świat mały - odezwał się jeden z brunetów.
- Louis, cicho bądź - Zayn zgromił chłopaka.
- Ja już nic nie rozumiem... Przychodzisz tutaj z taką pięknością i nawet nie raczysz nam jej przedstawić? - Louis - bo jak się przed chwilą dowiedziałam, tak miał na imię przyjaciel Malika - poruszył znacząco brwiami.
- Daphne, to Louis, Liam i Harry, tę dwójkę już poznałaś - przedstawił nas sobie mulat.
- Ale chwila, przecież ja znam jeszcz... - nie dokończyłam, bo Zayn ścisnął moją dłoń na tyle mocno, że poczułam silny skurcz w przedramieniu. Zamilkłam.

Weszliśmy do dużego, terenowego samochodu.
Z rozmowy nastolatków wywnioskowałam, że to matka Stylesa bierze ślub, a on jest drużbą.
W takim razie, dlaczego Malik powiedział mi, że za mąż wychodzi jego ciotka, skoro chłopcy nie byli ze sobą spokrewnieni i czemu ukrywał to, że znam Hazzę? W mojej głowie piętrzyły się pytania. Czułam, że jestem wmieszana w jakąś jedną, wielką konspirację. Siedziałam w ciszy nieustannie szarpiąc się ze swoimi myślami.
Horan zauważył, że odleciałam na orbitę, więc aby mnie pobudzić, zaczął mnie dręczyć różnorakimi pytaniami zachwycając się jednocześnie "wielkim zbiegiem okoliczności", jaki - jego zdaniem - nastąpił.
Wszyscy towarzysze skupili swoją uwagę na mnie, prócz Lokowanego i mulata, którzy prowadzili cichą dyskusję.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszymy, że Zayn zdążył się już pozbierać... - powiedział Liam, a Hazza gwałtownym ruchem uderzył go w biodro.
- Patrzcie, już jesteśmy! - krzyknął Styles zmieniając temat. To wyglądało tak, jakby za wszelką cenę nie chciał, by Payne poruszał temat przeszłości Malika...

Ceremonia zaślubin była przepiękna. Westchnęłam głęboko patrząc na soczysty pocałunek, który miał przypieczętować miłość zakochanych.
Biorąc pod uwagę to, że ślub to uroczystość dla osób najbliższych, nie powinno mnie tam być. Zayn jednak setki razy mi powtarzał, że nowożeńcy zostali poinformowani o "gościu specjalnym".
Po mszy, złożyłam życzenia parze młodej i wręczyłam prezent, który kupił mulat, a następnie wspólnie pojechaliśmy do Domu Weselnego.
Jeden toast za szczęście Anne i Johna wystarczył, abym poczuła aromat alkoholu. Wcześniej już obiecywałam Malikowi, że po tej nocy z pewnością nie będę w stanie upojenia, więc odłożyłam kieliszek. W prawdzie nie zaszkodziłaby mi mała ilość pocentów, jednak trzeba również zważyć to, że gdy już zaczynałam pić, ciężko było mi przestać.
Po wspólnej rozmowie, udaliśmy się na parkiet. Mimo, że miałam wielu chętnych partnerów do tańca, to jedynie kondycja Louisa pozwoliła mu się ze mną bawić. Pół życia spędziłam na libacjach, więc mało kto mógł mi dorównać.
- Całkiem dobrze sobie radzisz - krzyknęłam do ssapanego już Tomlinsona zagłuszając muzykę.
- Ja już chyba spasuje - wydyszał, po czym pociągnął mnie za rękę do stolika.
Siedzieliśmy w siódemkę do północy śmiejąc się wspólnie. Myślałam, że cała konwersacja wyjaśni wiele pytań, które kłębiły się w mojej głowie, jednak dowiedziałam się jedynie, jaki rozmiar miseczek ma Stephanie.
- Pójdziesz ze mną do łazienki? - zapytała dziewczyna będąc zawstydzona sytuacją, w jakiej się znalazła.
- Jasne - ruszyłam swoje cztery litery z wygodnego krzesła.
- Nie rozumiem, czy dziewczyny zawsze muszą chodzić razem do łazienki? - zapytał Niall przełykając ostatni kęs jogurtowego sernika.
- Nie musisz rozumieć - blondynka pokazała język Horanowi, na co on tylko wywrócił oczami.
Przeszłyśmy krętym korytarzem do pięknie ozdobionych łazienek, które w każdym calu wydawały się być idealne. Urządzone były w bogato zdobionym, barokowym stylu.
Gdy już zrobiłyśmy to, co natura nam nakazała, Stephanie stanęła przed lustem poprawiając makijaż.
- Nawet nie wiesz, jak wielką jesteś szczęściarą... - wzięła głęboki wdech.
- Nie rozumiem.
- No...Masz takiego, swojego Zayna... - dziewczyna wyraźnie coś sugerowała.
- No niby tak - speszona spojrzałam w dół przypominając sobie, że on wcale nie jest mój... - A więc kto jest tym szczęściarzem? Liam? - zdałam się na instynkt zgadując, kto przypadł do gustu blondynce.
Dziewczyna nagle posmutniała kiwając niechętnie głową. - Ej, ej! Skąd wiesz, że on niczego do ciebie nie czuje? - próbowałam pocieszyć Stephanie.
- To już nieistotne... - pociągnęła nosem, po czym wstała zachęcając mnie do wyjścia.
- Poczekaj, ja jeszcze tutaj chwilę zostanę. Muszę odpocząć od tego całego jazgotu - uśmiechnęłam się do niej. Upewniła się, czy na pewno chcę, żeby poszła, a gdy usłyszała twierdzącą odpowiedź, wróciła na salę.
Fakt, w łazience było dość cicho, jednak bardzo duszno, więc przemknęłam przed lokal, by odetchnąć. Wyszłam na zewnątrz przez obrotowe drzwi, kiedy nagle zatrzymałam się słysząc, że po mojej prawej stronie, za krzewami odbywa się jakaś poważna dyskusja. Wystarczyło kilka słów, abym poznała znajome mi głosy.
Moja wrodzona ciekawość nie pozwoliła mi przejść obojętnie, więc ukucnęłam, aby móc bezpiecznie podsłuchiwać.
- Stary, nie możesz jej tak oszukiwać! - wykrzykiwał Harry.
- Ucisz się - burknął Zayn.
- Zaciągnąłeś ją tutaj, ona się zgodziła, ale w zamian jesteś jej winien prawdę - Lokowany trzymał na swoim.
- Sam wpadłeś na pomysł, żeby się nią posłużyć, więc teraz się nie wtrącaj - mulat był coraz bardziej zdenerwowany. Słysząc słowa chłopaka straciłam równowagę i musząc podtrzymać się dłońmi, mój pierścionek uderzył o beton powodując słyszalny odgłos.
- Jak chcesz... Ale jak ty jej nie powiesz, to ja to zrobię! - to były ostatnie słowa jakie usłyszałam, bo bojąc się, że zostanę zdemaskowana - wycofałam się.
"Żeby się nią posłużyć" - te słowa chodziły po mojej głowie nie dając spokoju. Było mi źle, bo wiedziałam, że jestem oszukiwana. Dałam jednak słowo Malikowi, że zostanę do końca, więc nie mogłam od tak opuścić przyjęcia.
Brak papierosów przy boku, wzbudził we mnie agresję. Idąc do barku poczułam silne szarpnięcie za ramię.
- Chciałem pogadać... - wyszeptał Styles.
_______________________________________________________
To nie tak miało wyglądać, ale cóż. Chyba zwaliłam po całości, stać mnie na więcej...
Dodaję późno, więc przepraszam. Jadę na dwa tygodnie do Szkocji, więc będę miała duużo czasu na pisanie, także zaspokoję Wasz niedosyt.
Co tu dużo gadać? Chcę podziękować za tak liczne wsparcie, bo to dla mnie niezwykle ważne oraz chcę odpowiedzieć na wiele e-maili, którymi regularnie mnie zasypywaliście.
Nowy rozdział pojawi się wtedy, kiedy uznam, że pod ostatnim pojawiła się wystarczająca ilość komentarzy, jednak ile to "wystarczająco" - nie napiszę. Jeśli chcecie nowy rozdział, to komentujcie!
Wszystkie sprawy organizacyjne, pytania, wskazówki lub cokolwiek innego proszę kierować pod te adresy:
e-mail: ameliaxoxoMTT@onet.pl
twitter: AmeliaxoxoMTT
Dziękuję za dotychczasowe wsparcie, jesteście kochane! :) Pamiętajcie polecajcie&komentujcie! To, kiedy pojawi się nowy zależy również od Was!